Biuro Podróży "ESTA" Estera Hess
ul. Azaliowa 5/2
62-002 Złotniki

Tel./fax 0 61 8 115 920
Tel. kom. 0 508 15 74 76
E-mail:  estera@esta.net.pl

 


 Najwcześniej bo o 1 w nocy Trójka Poznaniaków spotyka się przed Hotelem Merkury, skąd busikiem dotrze na lotnisko w stolicy Niemiec. Pozostali śpią tylko kilka godzin dłużej i spotykają się z Pilotem na lotnisku w Warszawie. Udało się nam wcześniej odprawić, więc całe nadawanie bagaży przebiega bardzo sprawnie. najpierw krótki lot do Amsterdamu. Tu spotykają się wszyscy wspólnie. Teraz największy trud podróży - czyli długi lot do Limy. Czekamy na pierwsze wiadomości z Ameryki Południowej. Nasza grupa już na miejscu. Odpoczywa po bardzo długiej podróży i walczy ze zmianą czasu. Zegarki trzeba cofnąć o godzinę.

Dolecieliśmy ok, powitala nas cała rodzina. W Limie ciepło ok. 20 stopni i pochmurnie. Jutro zaczynamy program, 

Dzisiaj nasza grupa zwiedza Limę. W programie najważniejsze zabytki stolicy Peru oraz pyszna kolacja z rybami i owocami morza. Pogoda jak to zwykle w Limie, ciepło ale dośc ponuro i lekka mgiełka w powietrzu. Jednym z punktów programu, dodanego w trakcie zwiedzania Limy przez jedną z wcześniejszych grup jest wizyta w hotelu, w którym zgodnie z opowieściami powstał narodowy drink Peru czyli pisco sour. I naszej grupy nie mogło tam zabraknąć.  

"Pisco czyni cuda! - to już relacja Maćka - pilota grupy. Po drugiej dolewce w hotelu przy Plaza del Armas grupa ożywiła się i wszyscy się świetnie bawią. Jest parę osob nadaktywnych, w tym uczestniczka emablująca Pawła. Wnieśliśmy też - śladami Malinowskiego twórczy wkład w rozwój Peru. Gdy
Paweł wykładał o dualizmie andyjskim jeden z uczestników zadał Mu
podchwytliwe pytanie: Jak się nazywa nowa stolica Peru? Paweł zaczął coś
mącić na co Jurek strzelił: Limanowa! Przy okazji: Rodzina znów razem! Odebrał nas Paweł z żoną, w hotelu byli Maria i Hanibal - On jedzie z nami do Arequipy. Teraz wszyscy śpią a ja stukam w klawisze." Jutro przed grupą bardzo wczesna pobudka i dzień pełen wrażeń.
 

 

 

Specjalnie grupa wyrusza dziś tak wcześnie, bo przed nimi kawał drogi do przejechania. Najpierw w całkowitych ciemnościach wyjeżdżają z Limy. Ocean będzie towarzyszył od pierwszych kilometrów na trasie. Oczywiście nie tylko kilometry w dzisiejszym planie. Pierwszy przystanek to Wyspy Ballestas - nazywane przez złośliwców Galapagos dla Ubogich. Potem przystanek w oazie i szaleńcza jazda na boogie. Zdjęcie mamy w galerii, póki co jedno z tego dnia, ale za to jakie cenne. na pewno więcej po powrocie grupy z Peru. A na sam koniec lot nad liniami Nazca, i to zawsze budzi najwięcej często niepotrzebnych emocji podszytych strachem i niesamowitymi opowieściami, tych, którzy już latali. My mamy krótkie wieści od Maćka: "Z dzisiejszego dnia wszyscy zadowoleni. Oczarowaly nas quady, z ulgą
stwierdziliśmy, ze lot nad Nazca nie był taki straszny - parę osób miało
cykora. Wyspy - lepsza łódka, mniej ptaków więcej fok, bez delfinów. Nasza Pani od Pawła dziś sprawdzała jak cienką koszulę ma kapitan statku." Nocleg w pieknej hacjendzie. Dobranoc.  

 

A dzisiaj dotarły do nas przerażające wiadomości. Na szczęście wszystko zakończyło się pomyślnie, choć jedna z nieprzewidywalnych przygód właśnie za nami. Zacznijmy jednak od planu na dzień dzisiejszy, znowu kilometry i kolejny długi przejazd. Tym razem z Nazca aż do Arequipy. Po drodze oczywiście piękne widoki, ocean, nawet plaża, ale nie dane nam było się nudzić. Oto opis Maćka: "Wczoraj (7.11) przeżyliśmy kataklizm. Na hacjendzie bylo ok - basen, zrywanie papai i kolibry. Tuż po wyjeździe zaczęło się chmurzyć. Hanibal najpierw twierdzil, że to na szybie krystalizuje się wilgoć, a nawet przedstawiał to, jako jedyne miejsce na świecie, gdzie pustynia jest zraszana. Po 2 godzinach było już jak w Irlandii - mżawka i mgła. Trochę się przejaśniło w Puerta Inca - Iwona W. weszła do oceanu, reszcie zrobiłem grupowe zdjęcie, Po południu robiło się coraz gorzej i w końcu Hanibal stwierdził, że musi to być El Ńinio. Cała droga od Puerta Inca do końca wybrzeża była zawalona
kamieniami, błotem i spływającymi kamieniami - mała lawinka z jednym tonowym i kilkunastoma mniejszymi kamieniami spadła 10 metrów przed nami. Zatrzymano ruch i puszczano tylko w jednym kierunku - zrobił się potworny korek. Do Arequipy dotarliśmy dobrze po północy. Grupa zniosła to bardzo dzielnie, potraktowaliśmy to jako ekstra przygodę. W końcu El Ńinio zdarza się nie częściej niż raz na 30 lat. "

 

"W Arequipie dziś od rana słońce, chyba już wszyscy wstali bo dzwony biją jak najęte.
Za pół godziny mamy śniadanie i dalej na rafting." Tyle Maciek. Po wczorajszej przygodzie z lawiną błotną dzisiejszy piękny dzień jest bardzo potrzebny grupie. Najpierw w programie rafting na rzece Chilli a potem zwiedzanie miasta. Dzisiaj grupa także żegna się z Hanibalem, a stery i opiekę nad grupą przejmuje Carlos. Mamy już relację wprost z Peru o dokonaniach naszych Śmiałków w Arequipie: "Wszyscy którzy płynęli, z wyjątkiem Haliny byli zachwyceni raftingiem. Cała 15 była bardzo dzielna. Mieliśmy cztery załogi, wszystkie dopłynęły do końca, czyli też przez najtrudniejszy, czwarty odcinek (4 w skali trudności - podobno to dużo). Wyszliśmy na lokalny festyn i w naszych strojach (pianki, kaski, kapoki) stanowiliśmy niewątpliwie jego największą atrakcję. Za dzielność wyróżnilem dwie osoby wręczając Im przy kolacji Order Lamy - Izę za skok do wody z 10m skały  i Grażynę, która wpadła do wody i dzielnie się z niej wyratowala.


Hanibal dał mi na pożegnanie butelkę Pisco, więc wieczorem przy kominku zrobiłem kolejny wieczór integracyjny - tym razem wypadł lepiej, głównie dzięki zdjęciom ze spływu (dostaliśmy CD, które wrzuciliśmy na komputer)."
 

Kolejny długi i niestety trudny dzień. Po raz pierwszy grupa zetknie się z wysokością, dotychczas aklimatyzowali się stopniowo na wysokościach do 2400 metrów. Dzisiaj w drodze do Chivay najwyższy punkt to aż 4910 metrów a i potem niewiele mniej. Nocleg na wysokości 3800. W planach oczywiście sporo atrakcji. Niedawno udało się nam zakupić rowery dla szkoły w Peru. Jej siedziba znajduje się na trasie dzisiejszego przejazdu. To właśnie Carlos był pomocnikiem i wykonawcą lokalnych zakupów dla dzieciaków. Teraz miał zapowiedzieć przyjazd grupy do szkoły. Mamy relację Macka: "Fajna była też wizyta w szkole. Po wymianie rytualnych okrzyków "Witamy przyjaciół Polaków" i "Jesteśmy Waszymi Przyjaciółmi (oczywiście po hiszpańsku) i śpiewach na naszą cześć nastąpiło równie rytualne
przekazanie prezentów. Dzieciaki najpierw były trochę spięte, ale potem się rozkręciły. Postaram się jutro przesłać zdjęcie dziewczynki wpatrzonej w dużą lalkę." 

Po wizycie w szkole przed grupą jeszcze kawał do przejechania. "Niestety od Chińczyka (4000m) zaczęły się problemy z wysokością.  (Ta część tylko do użytku wewnętrznego - o to prosił Maciek, ale mam nadzieję, że mi wybaczy jeśli opublikujemy prawdziwy opis zdarzeń. Niestety tym razem choroba wysokościowa nie oszczędzała grupy). Dwie osoby zrezygnowały z rowerów, reszta walczyła dzielnie ale trzy osoby padły na trasie a w oczach reszty widać było więcej samozaparcia niz frajdy. Tylko Boguś, który od lat dużo jeździ na rowerze śmigał jak strzała albo raczej jak pocisk. Parę osób wymiotowało po drodze, prawie wszyscy mieli ból głowy. Nikt nie chciał przedłużyć trasy. Ośrodek w Colca bardzo się podobał, ale tylko parę osób zdołało zejść na baseny. Dwóch osób nie było na kolacji, z trudem namówiłem je na zupę i ryż. W nocy dwie kolejne osoby wymiotowały, ale rano wyglądało, że jest ok."
 

Po trudach pierwszego dnia na wysokościach, dzisiaj powinno być już dużo lepiej. Sprawdźmy co słychać na drugiej półkuli. Plany na dzisiaj to wypatrywanie kondorów nad Kanionem Colca, tak ważnym dla nas Polaków, bo jako pierwsi przepłynęli go Polacy z wyprawy Canoe-Andes. "Zrobiliśmy spacer nad kanionem i aż do ponownego wjazdu na przełęcz 4910 było ok. Potem znów zaczęły się bóle brzucha i głowy. Nie jest to bardzo poważne, ale widzę, że większość cierpi. Od Arequipy pogoda jest super. Słoneczko, ciepło ale nie upalnie (nawet na Krzyżu Kondora zdejmowaliśmy polary). Dzisiejszy dzień obfitował w spotkania z przedstawicielami andyjskiej fauny. Widzieliśmy wspaniałe kondory, niektóre szybowały dostojnie tuż nad naszymi głowami, jak gdyby specjalnie chciały się nam zaprezentować. Jeden z nich nie chciał się z nami rozstać i leciał za nami kilka kilometrów aż do naszego postoju. Pod samą przełęczą 4910 wypatrzyliśmy też króliki skalne, które wyszły ze swych norek i uśmiechały się do nas aż do momentu, gdy jadący z przeciwka kierowca glośno zatrąbił. Na koniec przy wysoko (4350m) położonych jeziorach zobaczyliśmy barwne stada flamingów. Pod wieczór dotarliśmy do Puno nad jeziorem Titicaca, na które jutro wypływamy."

 

Nasi Podróżnicy opuszczają dziś Puno, tym samym także Peru. Ruszają do La Paz w Boliwii. Wiemy od rana, że jedno z przejść granicznych jest zamknięte z powodu strajku. Zamiana trasy. W planach pływające wyspy Uros. "Stan zdrowia grupy polepszył się, są migreny ale maleją. Dziś wszystkim podobało się na Uros, mieszkanki po odśpiewaniu pieśni lokalnych zaśpiewały "100 lat" a jedna z nich porwała Bogusia do tańca w rytm "Szła dzieweczka do laseczka". Już w trakcie drogi do Boliwii dostaliśmy info, że przejście graniczne koło Copacabany jest blokowane przez comuneros. W konsultacji z Moniką zmieniliśmy trasę (przez Copacabanę wrócimy). Na przejściu koło Tiwanako czekała monstrualna kolejka, ale przeszliśmy przez marne 1,5 godz. Zdążyliśmy zwiedzić Tiwanako, udało się jeszcze po oficjalnuch godzinach otwarcia. W La Paz byliśmy późno. Też zamykaliśmy oczy na punkcie widokowym na miasto. ENTUZJAZM był."
 

Na kilka dni możemy zostać bez relacji z Boliwii. Grupa jutro przesiada się do samochodów terenowych i rusza w głąb kraju. Przed njimi przepiękne krajobrazy, zupełnie odludne tereny, kilometry wśród lam, piachu i kolorowych lagun.

Od kilku dni nie mamy żadnych informacji od naszych podróżników. Z niecierpliwością czekamy na ich powrót z Boliwii do Peru. Podróżując po zupełnie odludnych terenach salarów , słonych jezior i kolorowych lagun są odcięci od cywilizacji. Za to delektują się spokojem, ciszą i niezapomnianymi widokami. Jak tylko pojawią się pierwsze meldunki z Peru uzupełnimy relację.

Wreszcie mamy wiadomości od naszej grupy z Peru i Boliwii. Dzisiaj są w drodze z La Paz do Puno. Po tygodniu spędzonym na bezkresach boliwjksich wracają do cywilizacji. Oto na gorąco krótka wiadomość od Maćka: " Jesteśmy jednak niezwykłą grupą. W drodze na solary złapała nas burza piaskowa (to o tej porze roku się nie zdarza) a tuż przed naszym powrotem w La Paz (El Alto) spadł śnieg. Droga była męcząca, ale było warto. Podobała się zwłaszcza Inkawasi - wspaniałe, olbrzymie kaktusy na środku solnej pustyni no i widoki ze szczytu góry na rozległą, idealnie równą przestrzeń ograniczoną stożkami wulkanów. A potem boliwijski posiłek w tak niezwykłych okolicznościach przyrody i brodzenie po morzu soli. Duże wrażenie zrobiły kolorowe stożki gór. Przy pierwszym kolorowym jeziorze rzucaliśmy się z aparatami i kamerami na każdego flaminga, przy kolejnych - mniej niż tysiąc nie robiło już na nas wrażenia. Oczywiście najbardziej aktywne uczestniczki zanurzyły się w gorących źródłach, pozostali ograniczyli się do zamoczenia nóg lub palców i podziwiania widoków. Super było nad Jez. Zielonym  i Laguna Colorada. W hotelach mieliśmy zapewnione inhalacje solne - podłoga i ściany były z
soli. Ostatniego dnia na środku bezkresnego Solara Uyuni mieliśmy koncert muzyki boliwijskiej w wykonaniu jednoosobowego zespołu Filemon Folk Band. My też nie pozostaliśmy dłużni, śpiewając polskie piosenki ku uciesze naszej boliwijskiej załogi. Stało się tak dzięki Grażynie, która dopiero
tu odkryła przed nami swój talent gitarowy i duszę wodzireja. Wyjeźdźamy z La Paz, cd nastąpi."
 

 

"Uff! Właśnie wróciliśmy (22.15, boliwijskiego czasu 23.15) z kolacji w fajnej restauracji nad brzegiem jeziora z kapitalnym widokiem na całe Puno, ale tempo obsługi było takie, że przy nim Francuz z Aquas Callentes to chyba gazela. JUŻ PO 2 GODZINACH KELNERZY WNIEŚLI TORT I ODŚPIEWALI Krzyśkowi 100 lat a następnie zgodnie z peruwiańskim zwyczajem kazali mu go skosztować ustami i umazali mu twarz bitą śmietaną. Po kolacji grupa jak zwykle podzieliła się - część pojechała do hotelu a ja z częścią zrobiłem jeszcze spacer po Puno. Ale po kolei.
Ostatniego dnia na solarach były urodziny Eli. Czy sądzilibyście, że zdobycie urodzinowego tortu może być zadaniem na miarę wystrzelenia rakiety w kosmos? Tort miał przyjechać w przeddzień urodzin z Uyuni.Ale w wyniku burzy piaskowej  zerwało sieć energetyczną i w całym mieście nie było prądu a tym samym tortu. W hotelu nic takiego nie mieli. W dniu urodzin rano znaleźliśmy z Filemonem w wiosce solników Kobietę, która potrafiła upiec tort starą technologią, bez użycia prądu. Tort miał trafić do hotelu o 15, przed naszym powrotem z wycieczki. Ale jak wróciliśmy po 17 to go jeszcze nie było. Filemon pojechał po niego i już. Po godzinie wrócił z tortem (okazał się pyszny) i jego autorką. Filemon przy gitarze odśpiewał Eli boliwijskie sto lat, potem kilka wersji sto lat odśpiewała nasza grupa pod wodzą Grażyny. Cała obsługa hotelu wyległa nas oglądać, niektórzy robili nam zdjęcia. Do La Paz zdecydowaliśmy się wyruszyć o 5.00 bez śniadania, żeby mieć trochę więcej czasu w stolicy Boliwii. W trakcie drogi powrotnej jeepy robiły się coraz mniejsze. Do La Paz wróciliśmy wydawałoby się kompletnie wykończeni po 15, ale już o 16 rozpoczęliśmy zwiedzanie Kościoła Św. Franciszka i Bazaru Czarownic. Mało tego, trójka osób (zgadnijcie kto) o 20.00 poszła ze mną na wieczorny spacer na bulwar Potossi, do Katedry i Pałacu Prezydenckiego.  Wymusiłem na Filemonie zwiedzanie Placu Murillo, stadion i punkt widokowy. Do tego doszło jeszcze Muzeum Etnograficzne (SUPER, POLECAM),
Tak, że wyszło z tego prawie 3 godz. solidnego zwiedzania."
 

"Niestety droga na Copacabanę w rejonie przeprawy promowej była blokowana przez comuneros. Musieliśmy więc wracać do Peru tą samą drogą, którą przyjechaliśmy. Tracimy coś z programu.
Ale.... Ponieważ granicę przeszliśmy dość sprawnie i nabraliśmy wprawy w wypełnianiu druków wjazdowych i wyjazdowych zaproponowałem grupie, że Copacabanę zwiedzimy od strony peruwiańskiej.
Podjechaliśmy na drugą granicę, tam autobus na nas czekał a my pieszo, bez bagaży przeszliśmy przez granicę i busikami za 6 soli od osoby pojechaliśmy do Copacabany. Kościół Czarnej Madonny zrobił duże wrażenie, potem poszliśmy jeszcze pieszo do portu. Po pustkowiach Boliwii wśród drzew, zieleni i nad lazurowymi wodami Jez.Tititaca. Czuliśmy się jak na wczasach na Karaibach. Nawet ci, co początkowo myśleli, że będzie to "jeszcze jeden kościół" byli oczarowani. Tak więc  tytuł naszej wyprawy musisz zmienić na PERU BOLIWIA PERU BOLIWIA PERU.
Podrózując po Andach i nie tylko oglądamy wspaniałe zabytki i krajobrazy ale też przyswajamy sobie zasady kultury andyjskiej.  Jedną z podstawowych jest zasada haime - wzajemności. Nie tylko je poznajemy ale i stosujemy w praktyce. Na przyklad nie tylko pilot opiekuje się grupą ale i grupa
pilotem. Gdy w dniu wyjazdu na solary doznałem kontuzji nogi natychmiast dostałem od Eli środek przeciw opuchliźnie, od Joli maść, od Zbyszka klapki (żaden but nie wchodził), a od wszystkich troskę i dobre słowo. Ruszamy do Cuzco."

"Właśnie dotarliśmy do Cuzco, jutro idziemy na Inca Trail. Módlmy się tylko o dobrą pogodę (dzisiaj sporo padało ale nie zakłóciło nam to zwiedzania, jest dość pochmurnie) a będzie ok. Za chwilę spotykamy się z przewodnikiem ustalać szczegóły Inka Trail. Dzisiejszy dzień ok.,grupa na każdym postoju szalała na zakupach, puściłem filmy o Peru - kolejny cud, jak wjechaliśmy na przełęcz na filmie
właśnie o niej mówili. Po zjeździe z Altiplano zrobiło się zielono i swojsko - tego nam już trochę brakowalo. Okazuje się, że mądrość przychodzi z wiekiem i w bólach. Zaraz po urodzinach Krzyśka rozbolał ząb mądrości. Alatmowałem telefonicznie Dimasa, znalazł dentystę, już go ogląda.
Reszta zdrowa."
 

P.S. Krzysiek zostawił ząb w Cuzco. Jutro kolejna pobudka o 5.45 i na Inka Trail."
 

 

"Grupa nadspodziewanie dobrze zniosła ostatni długi przejazd z Puno do Cuzco. P drodze wzięliśmy autostopowiczkę - kobietę z dzieckiem w chuście na pecach, która jechała do miasteczka po paszę dla zwierząt (mieszka z mężem i trójką maluchów na kompletnym odludziu). Wczoraj wyruszyliśmy na Inka Trail. Mieliśmy szczęście z pogodą. Choć wokół były groźne chmury skończyło się na paru kroplach deszczu, a gdy weszliśmy na Inka Point zaświeciło słońce oświetlając cały kompleks
Machu Picchu. Nie muszę pisać, że wszyscy byli zachwyceni. Posiedzieliśmy trochę na najwyższych tarasach rozkoszując się widokiem i robiąc zdjęcia. Dziś od rana deszczowe chmury i mgła. Wyjechaliśmy wcześnie, więc udało nam się skończyć zwiedzanie kwadrans przed porządnym deszczem. Część grupy zjechała na dół, część bezskutecznie czekała na poprawę pogody w
zadaszonym domku koło świątyni słońca a Iza .... weszła na Wayna Picchu. Jutro Święta Dolina Inków, pojutrze Cuzco a potem już do Limy i do domu. Nie chciałbym rozbudzać nadmiernych oczekiwań, ale z ilości znoszonych z każdego postoju do autobusu pakunków wnioskuję, ze prezentów będzie sporo.
Aha, najważniejsze. Chociaż niektórzy się wahali CAŁA GRUPA POSZŁA NA INKA TRAIL I WESZłA NA INKA POINT I DOSZłA DO MACHU PICCHU!
 

Dziękuję za uwagę."


Maciek Grzegrzółka pilot grupy Peru - Boliwia 2009