Po tym jak Rzym okazał się bardzo trafionym pomysłem zwiedzania szczegółowo jednego miasta od razu przystąpiłam do obmyślania planu zaproponowania kolejnego miasta. Barcelona, Paryż, Wiedeń, Berlin, nie pasowały mi loty. Sprawdziłam Londyn, Madryt i wreszcie padło na Sztokholm. Zerknęłam do Internetu, na hasło atrakcje Sztokholmu pojawiła się cała długa lista nazw różnych zabytków. Przyznaję, że na pierwszy rzut oka brzmiąca bardzo obco. Przewodnik o Sztokholmie wspominał te same najważniejsze obiekty obiecując Wenecję Północy. Zdjęcia tylko zachęcały. Kanały, sporo wody, śliczna architektura.
Nie zabrakło osób, które na wybór Sztokholmu nie kryły zdziwienia i trochę rozczarowania, ale co zwiedzać w Sztokholmie. Byli i tacy, którzy nawet nie wiedzieli, że można tam dolecieć w bardzo krótkim czasie z większości naszych dużych polskich miast. Oczywiście, nie zabrakło opinii, że tam zawsze jest zimno, pada deszcz i do tego cała Skandynawia jest droga.
Wcale jak widać nie jest łatwo obronić własny pomysł i nie zostać zniechęconym przez rzesze poinformowanych o idei osób.
Zarezerwowałam bilet, wyszukałam hotel. Czyli najważniejsze za mną. Zerknęłam do prognozy pogody: fatalnie. Tylko deszcz i chmury i tak przez całe trzy dni. Czyżby Ci, którzy przestrzegali przed niepogodą mieli mieć rację?
W Poznaniu słońce, niestety im bliżej Sztokholmu tym gęstsze i ciemniejsze chmury. Lądujemy ok.100 km od samej stolicy. Pocieszam się, że w samym mieście przecież nie musi padać. A tu leje i to jak. Autobus kursujący pomiędzy lotniskiem a dworcem zabiera pasażerów z biletami. Wszystko działa jak w zegarku. Na głównej stacji kupuję bilet na metro i zgodnie z wcześniej wydrukowanym opisem dojazdu do mojego hotelu ruszam w drogę. Jak się okazuje oznaczenia w jęz. angielskim są bardzo pomocne. A metro dość proste i bardzo przejrzyste. Zaledwie w kilka minut jestem na miejscu. I jak to często bywa z super cenami i super hotelami rezerwowanymi przez Internet. To nie jest dokładnie to miejsce, w którym bym chciała gościć w przyszłości moje grupy. Niby wszystko w porządku, ale hotel bez klimatu, bez żadnej atmosfery. I do tego na terenie starej fabryki. Ale ja przecież przyjechałam tu do pracy, a znalezienie innego, lepszego hotelu dopisuję do listy zadań na najbliższe trzy dni.
Na pobyt w Sztokholmie wybrałam weekend. Przede mną cały piątek i sobota, a w niedzielę wieczorem lot powrotny. Jestem na początku września, jak się okaże ciut za późno na pełen zestaw atrakcji w Sztokholmie. Sezon zaczyna się tutaj w drugiej połowie czerwca i utrzymuje się do ok. 20 sierpnia. Potem część z ciekawych propozycji letnich umiera by na nowo wrócić z atrakcyjną propozycją dla turystów już za rok.
Ponieważ póki co mam tylko plan miasta i całą listę zabytków, które według opisów i szperaniny w Internecie zasługują na zwiedzanie muszę to jakoś uporządkować i udaję się do informacji miejskiej. Przy okazji sprawdzam jak małe są odległości pomiędzy poszczególnymi stacjami metra, właściwie pomijając fakt, że czasem jest łatwiej i sprawniej przejechać metrem przez kanały i mniejsze wysepki niż po nich okrężnie maszerować, Sztokholm idealnie nadaje się do pieszego zwiedzania. W Informacji jeszcze mały ruch. Ambitnie zaczynam ok. 9.00 po sutym śniadaniu. Jak się okazuje Sztokholm to idealna propozycja dla tych, którzy nie muszą rano wstawać i zwiedzać zabytków już o wschodzie słońca. Całe miasto budzi się dopiero ok. 10, by tak naprawdę wystartować ok. 11. W informacji zostaję wyposażona w cały zestaw prospektów, biuletynów, książeczek. Ruszam na spacer. Oczywiście jest kilka godzin o których chciałabym być w konkretnych miejscach. Jest wtedy zwiedzanie z przewodnikiem w jęz. angielskim. Jako pierwszy budynek wybieram ratusz. Bardzo ciekawe zwiedzanie i bardzo dobry angielski. Sale interesujące. I grupa zainteresowanych w sam raz. Potem inna wyspa i kolejny obiekt to Pałac Królewski. Korzystam z półgodzinnej przerwy w zwiedzaniu i wybieram jedną z kawiarni na Starym Mieście na przerwę na słodko. Zamawiam kawę, którą podają tutaj z dodatkiem kardamonu i cynamonu i to w małych miseczkach, do tego oczywiście bułeczka z cynamonem. Typowo po szwedzku. Siedzę na głównym placu w mieście na wygodnych fotelach obserwując to co się dzieje na placu. Tylko przez chwilę przypominam sobie czarny scenariusz pogodowy. Zerkam profilaktycznie na niebo i ani śladu chmur i nic nie wróży deszczu. Nie ma co wierzyć prognozom pogody. Miła to była przerwa. Skarbiec i apartamenty królewskie przede mną. Trafiam szczęśliwie na bardzo miłą i świetnie mówiąca po angielsku panią przewodniczkę. Gorzej z wiedzą. Wyłapuję kilka wielkich błędów, ale jako przyzwoity turysta milczę i nie zdradzam się, że znam prawdziwą wersję.
Teraz czas na spacer po Starym Mieście. Niewielkie to miasto, ale jakże piękne. I znowu by można usiąść na kawce. Czemu nie? Przecież kuchnia to też ważna sprawa. Tym razem już pora obiadowa. A właściwie na tutejsze realia to już prawie kolacja. Lunch jada się tutaj już od 11. A kolacja serwowana jest już od 18.00. Na Starym Mieście mnóstwo sklepików z pamiątkami, ciekawymi rzeczami dekoracyjnymi. Sporo turystów. Słychać wszystkie języki świata. Jak przyjemnie połazić bez celu na wzór szachownicy, żeby w ten sposób przejść całą starówkę. Szybko dość udaje mi się wtopić w tłum miejscowych. Co kilka chwil jestem zaczepiana przez turystów jako najprawdziwsza Szwedka z pytaniami jak dotrzeć do, albo gdzie podaje się najlepszą kawę w mieście. Potrzebuję jeszcze jednego dnia by móc odpowiadać na wszystkie pytania, ale na niektóre już potrafię. By zakończyć wizytę przy Pałacu Królewskim czekam na uroczystą zmianę warty.  Na zakończenie dnia wizyta w Muzeum Nobla i schodzę sobie spacerem obrzeżami Starego Miasta do stacji metra. Robi się ciemno. Wracam do hotelu.
Mając teraz lepsze rozeznanie planuję rzeczy do zobaczenia następnego dnia.
Jest sobotni poranek. Znowu wyruszam chyba zbyt wcześnie, ale korzystając z pustych ulic w mieście i śpiącego jeszcze Starego Miasta wybieram się na przejażdżkę rowerem po Sztokholmie. Pogoda dzisiaj jak na złość prognozie: idealnie błękitne niebo i ani jednej chmurki. Ulice są wszystkie przygotowane dla rowerzystów. Mnóstwo tu specjalnych tras rowerowych, ja wybieram tą, która pozwoli mi dotrzeć do najważniejszych zabytków. Bardzo mi się spodobała taka forma zwiedzania miasta. Odstawiam jednak rower i wracam na zwiedzanie z przewodnikiem wewnątrz Kościoła należącego do Pałacu Królewskiego, gdzie chowani są królowie Szwecji. Trafiam na tą samą przewodniczkę. I dobrze, bo już znam Jej możliwości. Potem czas na Katedrę. Tu nie ma dzisiaj zwiedzania za to doczytuję na plakacie na drzwiach, że w najbliższą niedzielę o 11 msza w towarzystwie chóru chłopięcego. Rezerwuję zatem czas w niedzielę.
Zmiana wyspy. Maszeruję deptakiem i docieram na targ z owocami i warzywami. Akurat teraz sezon na kurki. Są ich tu całe sterty, pachnące lasem, leżą w wielkich stosach i aż ślinka cieknie, jak pięknie wyglądają. Obok jagody, maliny, truskawki, borówki. No tak Szwedzi mają piękne lasy i słyną z owoców lasu. Wynajduję także hale, gdzie handluje się serami, rybami i mięsem. Prócz ogromnego wyboru smakołyków są tutaj też sklepiki – mini tawerny przygotowujące z najświeższych składników wyborne dania. Kuszę się na słodkie śledzie i do tego kminkówkę. Co za kompozycja. Ale wcześniej czytałam o odważnych zestawieniach smaków i byłam na to przygotowana, jednak śledź na słodko nie zagości w moim codziennym jadłospisie. Nie mogę się oprzeć, kiedy w rogu wypatruję mini bar sushi. Jak nie tu, to gdzie? Świeże ryby, owoce morza i boskie sushi. Chyba nie mam miejsca na nic słodkiego, przynajmniej teraz. Wsiadam do metra i ruszam do Muzeum Junibacken. Pani w kasie pyta z niedowierzaniem, czy jestem sama. To muzeum poświęcone jest dzieciom i postaciom bajkowym. Mnóstwo tu Muminków, Fizi Ponczoszki i innych znanych bohaterów szwedzkich autorów. Dzieciaki harcują tutaj w wielu salach, które są niesamowicie zmyślnie zaplanowane i na pewno dorosłym sprawiają też mnóstwo frajdy. Tuż obok Muzeum bardziej dla Dorosłych. Wymieniane we wszystkich rankingach, jako jedno z najlepszych w całym Sztokholmie. Muzeum statku Vasa. Rzeczywiście piękne. Niesamowita konstrukcja architektoniczna. Miejsce na wysokie maszty. Cały statek zatonął zaledwie w 15 minut od wypłynięcia z portu. A znaleziono go na dnie morza ok. 50 lat temu.
Całe muzeum ma kilka poziomów i jest świetnie ustawione. Naprawdę zwiedzanie sprawia frajdę. Przysłuchuję się po trosze oprowadzającym przewodnikom w jęz. angielskim, potem przez chwilę mam przy sobie grupę Niemców. Wreszcie gdzieś z góry dobiega mnie donośny męski głos w jęz. polskim. Wspinam się po schodach i odkrywam przewodnika po Sztokholmie w jęz. polskim. Wymieniamy się wizytówkami. I tak miało być.
Zerkam na zegarek, mam jeszcze ochotę obejrzeć zbiory Muzeum Sztuki Nowoczesnej. To kawałek drogi, ale liczę szybko czas i dochodzę do wniosku, że szkoda czasu na przejazd autobusem i udaję się na spacer na inną wyspę. Trasa piękna, jest wprawdzie co dreptać, ale widoki przy dzisiejszym słońcu cudne. Poza tym to idealna pora na kawkę z widokiem na wodę. Kiedy docieram do mostu prowadzącego już na sama wyspę stoi duża plansza informująca, że oba muzea Sztuki Nowoczesnej i Architektonicznej są wyłączone ze zwiedzania do 9 września, gdyż udostępniono je parlamentarzystom i Europosłom. Szkoda, ale jest powód by tu wrócić… Tymczasem wracam do przystani by ty razem skorzystać z promu i wrócić na tę samą wyspę. Z wesołego miasteczka już nie uda mi się skorzystać, choć bardzo lubię wszystkie możliwe kolejki i zjeżdżalnie, ale gnam jeszcze do skansenu. Znając kilka skansenów na świecie spodziewam się zobaczyć dokładnie to samo. A tu niespodzianka. Tutejszy skansen jest tak naprawdę pięknym bardzo zielonym parkiem, na teren którego przeniesiono z terenu całej Szwecji bardzo wiele różnych budynków i chat. Są tu także zabytkowe młyny, wiatraki, domy mieszkalne. Poza tym wiele punktów, gdzie można przypatrzeć się różnym atrakcjom. W małej chatce nieopodal wejścia piecze się ciasteczka z cynamonem, kawałek dalej można spróbować własnych sił w dmuchaniu szkła jeszcze dalej na dobre rozgościli się garncarze. I znowu zabawa nie tylko dla dzieciaków. Ja spaceruję przez ogród różany do sektora ze zwierzakami. Są tu najprawdziwsze łosie, wilki, foki. Obok mini zoo i kózki, króliki, kotki, świnki, owieczki. Są też misie. Świetne miejsce i piękne kończące dzisiejszy dzień. Resztkami sił docieram do wieży telewizyjnej.  I to na dzisiaj już naprawdę koniec. Padam z nóg.
Chociaż Starówka nocą kusi. Krótki spacer, ale mało przyjemny, bo stale jestem zaczepiana na ulicy.
Ostatni dzień przed odlotem, a tyle planów. Ruszam wcześnie z hotelu, bagaż zostawiłam w przechowalni, szkoda targać go po całym mieście z sobą. Najpierw na liście winda skąd widok na całą okolicę, i kolejny raz jestem zbyt pilna, wszystko jeszcze pozamykane. Ale wreszcie otwierają windę i platforma jest tylko moja. Obok pierwszy z hoteli na liście: nie jest źle, ale pocieszam się, że to pierwszy i teraz będzie tylko lepiej. Kolejny hotel zniechęca mnie już wejściem i brudną markizą nad drzwiami. Nawet nie wchodzę do recepcji. Trochę mi smutniej. To były dwa reklamowane hotele w centrum. Jest trzeci i ten względny. Stylowe korytarze, schludne pokoje, dobra lokalizacja. Dostaje plusa i zmierzam do katedry. Tu dzisiaj o 11 msza z chórem. Jestem na styk. Pani przy drzwiach prowadzi mnie do ławki gawędząc po szwedzku. A nie mówiłam, że zostałam zaadoptowana do lokalnych mieszkańców? Dostaję książeczkę, modlitewnik i słowa psalmów. Procesja. Na przodzie kobieta ksiądz i chór od trzylatków do dojrzałych panów. Wszyscy w czerwieni. Prezentują się pięknie. A że akustyka świetna msza ma zupełnie inny wymiar. Tylko wiernych niewielu, podejrzewam, że większość z około trzydziestu osób, które zajęły pierwsze rzędy to rodzice chórzystów. Pozostali to kilku turystów i koniec. Msza ciekawa i inna niż u nas. Czas na spacer w drugą stronę miasta. Tam też hotele i to w stylowych budynkach. I tu ogromne rozczarowanie, z zewnątrz hotel wygląda bardzo dobrze, w rankingach dumnie prezentuje nawet 4 gwiazdki, ale pokoje niestety bardzo mizerne i nieciekawe. Do tego zapach – odpada. Ten los podzieli jeszcze kilka miejsc. Zrezygnowana odwiedzam hotel nr 8,9,10. Mam już dość. Na liście jednak jeszcze jeden hotel, który nie należy do tanich, ale z opisu prezentuje się całkiem ciekawie. Walczę z sobą czy jechać tam czy nie, ale obowiązkowość zwycięża. No i jaka ulga… Hotel piękny. Właściwie to kompleks trzech hoteli, jeden obok drugiego. Piękne wnętrza. Właściciel 10 lat spędził w Kenii, potem długo przebywał też w Azji, co widać tu na każdym kroku. Wspaniałe, gustowne detale i niesamowite zdjęcia. Decyzja zapada – tu chcę wrócić.
Jako nagrodę wybieram się do Włocha na boskie kremowe cappuccino i oczywiście tiramisu. Zasłużyłam. Czas na lotnisko, najpierw po bagaż, potem na dworzec, a stąd autobusem na lotnisko i potem krótki lot do Poznania.
Jestem pod ogromnym wrażeniem Sztokholmu. Cudo. Na pewno warto wpisać go na listę atrakcyjnych stolic europejskich.
W 2010 roku zapraszam dwukrotnie do Sztokholmu na kilkudniowy pobyt w mnóstwem atrakcji. Mam też niespodziankę dla Wszystkich Rodziców z dziećmi, którzy od dawna próbowali mnie namówić na zorganizowanie wyjazdu dla dzieci. Oto i propozycja w sierpniu zapraszam do Sztokholmu wraz z dzieciakami. Mnóstwo atrakcji, przelot samolotem, muzea dla dzieci, kolejki, wesołe miasteczko, skansen, akwarium, mini zoo i pyszne naleśniki oraz gofry!  

Zapraszam do galerii zdjęć

Drukuj
projekt i wykonanie strony: yanah.info