Kochani oczekujący na wieści od nas. Nareszcie udało się znaleźć internet! Za nami już 5 dni wycieczki, ale zacznijmy od początku.
11 października: Punkt o13:00 wszyscy spotkaliśmy sie w Hali Nowej lotniska Chopin w Warszawie pełni oczekiwań na najbliższe 16 dni urlopu w tak odległym kraju jak Chiny. Po krótkim powitaniu i załatwieniu spraw technicznych ruszyliśmy ku odprawie. Ostatnie zakupy alkoholowe w strefie bezcłowej i o 15 wylatywaliśmy już do Helsinek, skąd kilka godzin później przesiadaliśmy się na samolot do Pekinu.
12 października: Przed 7:00 wylądowaliśmy w Pekinie i szczęśliwi że wszystkie bagaże główne przyleciały razem z nami, poszliśmy na spotkanie z naszą pierwszą chińską przewodniczką - Nancy. W autobusie rozpoczęliśmy krótkie wprowadzenie o Chinach i Pekinie, co szybko przerodziło się w dyskusję: pytań do Nancy było mnóstwo: nie na wszystkie w końcu może odpowiedzieć nam przewodnik książkowy. Wreszcie, po 40 minutach dojechaliśmy do centrum i udaliśmy się na Plac Tiananmen. Tłum turystów przebywających na placu od rana zaskoczył wszystkich, a poza sesją zdjęciową otaczających nas budynków furorę robiły zdjęcia z Chińczykami, bądź zdjęcia Chińczyków z nami. Ulubieńcami mieszkańców w tym względzie byli Mietek i Helenka, którzy bardzo często byli proszeni przez Chińczyków  o zdjęcie z nimi. No cóż, nie da się ukryć, iż urodą znacznie się różnimy, a dodatkowy urok osobisty zrobił oczywiście swoje:)
Pierwszy lunch mile zaskoczył nasze kubki smakowe. Stół z kręcącym się szklanym blatem zaczął się zapełniać coraz to pyszniejszymi potrawami. Najbardziej smakował jednak kurczak na ostro z orzeszkami ziemnymi, oraz wieprzowinka z cebulką i warzywami. Na deser pyszne owoce!. Ku zadowoleniu większości, pierwszy posiłek w Chinach jedliśmy tylko i wyłącznie widelcami:) Posiłkowi towarzyszyła muzyka rosyjska, przez co doszliśmy do wniosku, że to chyba specjalnie dla nas. W końcu dla wielu Polacy to prawie jak Rosjanie;)
W Świątyni Nieba znaleźliśmy się po południu. Spacerując pomiędzy lasem przepięknych tui ( nie przypominających do końca naszych) w blasku pięknego słońca i mijając po drodze mnóstwo lokalnych pasjonatów gry w karty doszliśmy w końcu do głównego pawilonu - Modlitwy o urodzaj, następnie do Cesarskiego sklepienia nieba i do okrągłego ołtarza. Przepiękne niebieskie glazury dachówek, bogactwo świątyń z zewnątrz i w środku jak i ogrom białego, marmurowego tarasu rekompensowały niedogodność wielkiej liczby turystów. Co niektórzy próbowali też usłyszeć echo swego głosu przy ścianie echa, niestety nie udało się..ale może następnym razem?:) Po dłuższym spacerku udaliśmy się na pyszną kolację: ucztę pierożkową z najróżniejszym rodzajem farszu. Tym razem jednak mieliśmy pierwszą lekcję z jedzenia pałeczkami. Co niektórzy załapali od razu, inni po chwili prób przerzucili się szybko na widelec: przecież mamy jeszcze dużo dni przed sobą by się nauczyć;) Głównym napojem towarzyszącym kolacji było jednogłośnie przegłosowane "pidziu" czyli piwo:) Dodatkową atrakcją restauracji było pomieszczenie, w którym mogliśmy przyglądać się dokładnie jak przygotowują nasze pierożki.
Wieczorem odwiedziliśmy ulicę handlową Wangfuijing, oraz ulicę Donganmen, na której przeszliśmy przez nocny targ żywności niebylejakiej:):  kraby, pieczone ośmiornice, rozgwiazdy, podroby, kokony, żuki, płetwy rekina, węże stonogi, jelita zwierzęce, koniki morskie itp. Nowym, zaskakującym smakołykom nie było końca, a unoszący się zapach na jakiś czas pozbawił wszystkich apetytu. Ale spokojnie: pieczone szczury i inne oryginalne chińskie smakołyki jeszcze przed nami więc będzie czas na smakowanie:)
Późnym wieczorem już tylko rejestracja w hotelu i pierwszy nocleg w 20milionowym mieście: Beijing. Chyba nikt tego dnia nie miał problemu ze snem po wielogodzinnym locie do Państwa Środka:)
 
13 października:
Zamówiony  w recepcji budzik zadzwonił o 7:00, szybkie ogarnięcie, śniadanko i o 8:00 już wszyscy punktualnie na dole: przed nami długa droga na Wielki Mur w Badaling. Gdy dotarliśmy na miejsce, naszym oczom ukazało się kilka kilometrów muru pietrzącego się na okolicznych górach i dzielonego w tym rejonie 8 strażnicami. Spiesznie ruszyliśmy na pocztę, by wysłać pierwsze kartki z pozdrowieniami, a później już kolejka linowa na 7 strażnicę. Z muru rozciągał się przepiękny widok i mimo dużej ilości turystów i dość trudnego podejścia na ostatnią na tym odcinku, 8 strażnicę, wszyscy dotarliśmy do celu,a ile radości przyniosła chwilowa, uciążliwa wędrówka można zobaczyć na zdjęciach:)
Przerywnikiem w zwiedzaniu była dla nas Manufaktura miedzianych, emaliowanych waz oraz rzeźb, które mogliśmy później zakupić. Nikt nie skusił się co prawda na wazę która kosztowała ponad 2 miliony Yuanów ( ponad milion złotych) ale na szczęście były też inne ceny:) Na miejscu zjedliśmy również pyszny obiad, ćwicząc jak zwykle chwilę jedzenie pałeczkami.
Kolejnym celem był grobowiec Dynastii Ming oraz Droga Duchów. Mimo popołudniowej godziny, tu mogliśmy zaznać trochę spokoju. Tłum nie był aż tak uciążliwy, a może i miejsce nadawało odpowiedni nastrój. Zwiedziliśmy grobowiec jednego z pochowanych tu 13 Cesarzy, próbując odpowiedzieć sobie na wszystkie nasuwające się pytania typu: Danusia: Dlaczego sam grób Cesarza był taki skromny? ( Na to pytanie na pewno każdy z grupy wam odpowie po powrocie;))
Droga duchów pozwoliła nam na chwilę refleksji, ponieważ byliśmy prawie jedynymi spacerującymi w tym czasie pośród 12 pomników zwierząt i 12 pomników żołnierzy mandaryńskich. Symbolikę i ducha tych pomników istotnie można było odczuć idąc i zatrzymując się przy niektórych z kamiennych postaci.
Na kolację najsłynniejsza potrawa z Beijing: Kaczka po pekińsku. Najpierw krótka instrukcja przyrządzania, następnie informacja jak jeść ( koniecznie rękami!) i przed nami pojawiły się dwa talerze pełne kruchutkich kawałków mięsa kaczego, dodatkowo okrągłe ciasto przypominające to z tortilli tylko dużo cieńsze, cebulka, ogórek oraz sos, który początkowo coniektórzy ocenili jako czekoladowy, a tak naprawdę głównym składnikiem były ciemne śliwki. Kaczka smakowała, a kto był głodny mógł wrócić do bardziej cywilizowanego, acz trudnego jedzenia pałeczkami innych przyniesionych potraw. Czas umilał nam występ instrumentalny na żywo .Najedzeni i pełni nowych wrażeń wróciliśmy do hotelu.
Drukuj
strona
projekt i wykonanie strony: yanah.info