Biuro Podróży "ESTA" Estera Hess
ul. Azaliowa 5/2
62-002 Złotniki

Tel./fax 0 61 8 115 920
Tel. kom. 0 508 15 74 76
E-mail:  estera@esta.net.pl

 


Środa, jest gorąco. Ostatnie pakowanie, karty pokładowe, maile, paszporty, telefony! Wyjeżdżamy przecież na prawie miesiąc. Wszyscy podekscytowani. Lecimy z 4 różnych miast: Warszawa, Gdańsk, Wrocław i Poznań. Spotkanie we Frankfurcie. Potem już wspólnie do Hongkongu. Tam wychodzimy do miasta.

Pierwsza wystartowała Warszawa i czwórka już prawie wylądowała we Frankfurcie. Gdańsk i Wrocław prawie w parze już też w powietrzu. Poznań domyka walizki i nasza 7 leci jako ostatnia. Na przekór wszystkim pechowym trzynastkom, jest nas właśnie trzynastka i to jaka szczęśliwa bo zaczynają się nasze wakacje!

Jesteśmy gotowi do drogi. Tym razem najpierw leci Warszawa, potem prawie równocześnie startują Gdańsk i Wrocław. Mamy już potwierdzenie, że dolecieli, a Poznaniacy dopiero zbiórka na lotnisku. Wszyscy oczywiście w świetnych humorach, tym bardziej, że niektórzy z nas szykowali się do tej wyprawy długie miesiące a nawet lata. A teraz jesteśmy na początku naszej podróży marzeń. Odprawa bez najmniejszych kłopotów, wprawdzie pani nadaje nasze bagaże na inny lot niż właściwy, ale szybko dostrzega pomyłkę i jeszcze przed odlotem zmienia numer lotu na etykietkach. Pierwszy najkrótszy lot napawa optymizmem i szybko mija. Meldujemy się we Frankfurcie o czasie. Niestety musimy jeszcze odebrać karty pokładowe na kolejne loty i na krótko przed odlotem spotykamy resztę ekipy przed bramką odlotu do Hongkongu. Pierwsza próba charakterów, przed nami 11 godzin w samolocie. Jesteśmy trochę rozrzuceni. Niektórzy z nas czytają, inni śpią, reszta spaceruje. Staramy się znaleźć sobie zajęcie. Czas wlecze się niemiłosiernie, ale póki co nadal dzielnie znosimy podróż.

Decyzją jednogłośną jeszcze w Polsce postanowiliśmy wybrać się do miasta. Niektórzy z nas Hongkong odwiedzili już wcześniej, dla pozostałych to premiera. W Chinach miła niespodzianka, 28 stopni, piękne słońce, oczywiście jesteśmy w pełni przygotowani na zmianę temperatur. Szybko przepakowujemy nasz bagaż, zostawiamy rzeczy zimowe w przechowalni bagażu i  udajemy się na stację kolejki a stąd wprost do miasta. Tu mamy wykupione bilety na autobus wycieczkowy, którym objedziemy najważniejsze miejsca w mieście.  Miasto dzisiaj w pełnym słońcu robi na nas ogromne wrażenie, usadawiamy się w piętrowym busie bez dachu i z wiatrem we włosach suniemy przez wąskie ulice miasta pośród kilkunastopiętrowych wieżowców. Pierwszy przystanek to Wzgórze Wiktorii, tu spacer, kawa, zdjęcia. Potem Dzielnica Rozrywki i obiad. Wybieramy Tajów, wszędzie dekoracje Haloween. Tajowie uwijają się przy nas jak w ukropie, wyciskają łzy B i Zosi, serwując super pikantną sałatkę. Marek nie mieści się w lokalnej maleńkiej klaustrofobicznej toalecie, pan kelner specjalnie asystuje Mu i przeprowadza do przybytku u sąsiadów.
Wzmocnieni o makarony, zupy i sałatki oraz piwo maszerujemy dalej. Ponieważ w międzyczasie miasto zakorkowało się całkowicie decydujemy się na spacer po mieście by dotrzeć do przystani. Idzie nam bardzo sprawnie i ubiegamy autobus, który żółwim tempem sunie po ulicy. Tu szybciutko korzystamy z okazji by dotrzeć do zatoki Aberdeen i sampanem podpłynąć do wiosek rybackich i zerknąć jak wygląda życie na łódkach. Potem dzielimy się na grupy i część z nas mająca już Hongkong mocno w nogach wraca na lotnisko, a reszta kontynuuje jeszcze zwiedzanie, przeprawiając się promem do Kowloon i oglądając rozświetlone drapacze chmur w Hongkongu już po zmierzchu.
Przydała się nam ta przerwa. Przygotowani na drugi długi lot zajmujemy miejsca w maszynie. Marzy się nam zasłużony sen. Długi pierwszy lot, przesunięcie czasu o 6 godzin i całodzienne zwiedzanie – sporo tego jak na pierwszy atak.

Kolejna zmiana czasu w powietrzu, teraz 11 godzin do przodu względem czasu polskiego. Kolejny bardzo długi lot, następne 11 godzin. Lecimy naprawdę na koniec świata. Samolot wypełniony po brzegi. Śpimy, nadrabiamy zaległości filmowe, czytamy.

Lądujemy w południe w Auckland, wiosna w pełni. 20 stopni, słońce i od razu dobre humory. Oczy się nam kleją ze zmęczenia, ale bacznie obserwujemy wszystko co dzieje się wokół by nie uronić żadnych ważnych faktów. Odprawa graniczna i każdy z nas z inną literką maszeruje dalej. Kategoria A zostaje wzięta pod lupę, pozostali mogą iść dalej. Kontrola naszych walizek, nie udaje się przemycić kabanosów. Lądują w koszu. Maciek H. swoimi sposobami załatwił sobie mycie sandałów trekkingowych. Pozostali już na płycie czekają na nas. Bagaże dotarły w komplecie. Teraz dzwonimy po nasz busik. Ta wycieczka rządzi się innymi prawami, bo sami prowadzimy wypożyczone autka.  Pierwsze autko to Maciek H. dzisiaj za kierownicą, B, A i Estera, za nami Rysio za kierownicą i Zosia, Hanka, Basia i Marek obok, i na koniec  Maciek M. jako kierowca z Mariuszami i Agą Ch. Wyjątkowo dużo par o tych samych imionach, pewnie w trakcie pojawią się lokalne pseudonimy. Premiera jazdy po lewej stronie. Najdziwniej z rondem, potem jeszcze trzeba opanować kierunkowskaz i nie mylić go z wycieraczkami. Ruszamy do miasta. Upragniony prysznic coraz bliżej.
Pierwsze koty za płoty. Oczywiście wszystko nowe, wszystko dziwne. Jakoś inaczej. Nasz hotel leży w samym centrum, tu jedynym ale wielkim problemem okazuje się parkowanie, wszystko pełne i bardzo drogie. Ale bierzemy się na sposób i za radą kiwi znajdujemy miejsca gdzie płacić nie trzeba. Wymieniamy ostatecznie nasze autka i na chwilę zamykamy się w pokojach. Pierwsza chwila oddechu po 46 godzinach w podróży.
 
Mimo zmęczenia i niedospania udajemy się na wieczorny spacer po mieście. Warto to zobaczyć, szczególnie w sobotni wieczór. Ruch, zgiełk, sporo młodzieży, w przebraniach Halloween, gwarno, wesoło i miła bryza od wody. Spacerujemy dzielnie, powłócząc czasami noga za nogą, bo zmęczenie stara się wygrać z naszą silną wolą. Odprawa na jutro i jeszcze Sky Tower. Symbol Auckland, wysoka wieżą telewizyjna, piękny widok z góry na całe miasto. Jest na co popatrzeć. Kolacja na szybko, po drodze Miły i smaczny Turek, niektórzy  Mc Donald’s obok naszego hotelu. Jesteśmy skonani. Ale miasto zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie, już słychać komentarze: Kraj szczęśliwych ludzi, Raj, Błogość. Jutro dzień pełen planów i nasze dalsze wdrażanie się w tajniki ruchu lewostronnego i na pewno cała moc licznych niespodzianek. A teraz błogi i bardzo wyczekiwany sen. Dobranoc!

Pierwszy poranek w Nowej Zelandii. Wcale nie było tak łatwo dospać aż do rana. Wielu z nas obudziło się dużo wcześniej mimo wielkiego zmęczenia. Śniadanie, spacery po nabrzeżu jeszcze przed zbiórką. Jest niedziela, piękne słońce a na głównej ulicy nadmorskiej w Auckland maraton. Mnóstwo biegnących i kibicujących, kolorowo i wesoło. Nasi kierowcy poszli pieszo po samochody, my z bagażami gotowi do drogi. Pakujemy się i dzisiaj w planach najpierw zwiedzanie Auckland a potem przejazd na północ. Wczoraj ustaliliśmy, że spróbujemy dodać do wycieczki dodatkowy punkt zwiedzania i zobaczyć przepiękne drzewa kauri.

Ruszamy najpierw do oceanarium. Niestety część naszej trasy tam wiedzie dokładnie po nabrzeżu, które jest całkowicie zamknięte bo maraton. Szybko obmyślamy strategię zastępczą jak tam dotrzeć. Nie jest bardzo łatwo, bo ulice wąskie, sporo niewiadomych, ale klucząc tu i tam udaje się nam wreszcie podjechać na wybrzeże z drugiej strony. I tu niestety taki sam problem, droga zamknięta. Ale jesteśmy już tylko kilkaset metrów od budynku muzeum i decydujemy się na spacer. Wewnątrz zachwycają nas pingwiny, trafiamy akurat na porę ich karmienia, podobają się nam rekiny i koninki morskie. Karmienie płaszczki też ciekawe.
Spacer powrotny, duża kawa i dalej w drogę. Wyjeżdżamy z miasta i po raz trzeci trafiamy na korek i zamkniętą trasę z powodu maratonu. Długo go będziemy wspominać. Wreszcie jesteśmy na autostradzie. Kolejny cel to drzewa kauri.
Za kierownicami nasi kierowcy z wczoraj, pozostali oswajają się z ruchem lewostronnym na sucho. Widoki pięknieją z każdym kilometrem, zielone wzgórza usiane owieczkami, błękitne niebo, niesamowite drzewiaste paprocie i mnóstwo kwiatów. Do tego słońce i niewielki ruch na drodze. Pięknie.
Pojawiają się znaki o płatnym odcinku autostrady. Dobrze, że wcześniej Ola i Wacek poinformowali mnie co i jak. Dzielnie zjeżdżamy teraz na jeden z wielkich parkingów i rozpracowujemy stojący tutaj kiosk wydający kwitki potwierdzające uiszczoną opłatę. Okazuje się, że radzimy sobie z obsługą maszyny nawet wprawniej niż sami lokalni mieszkańcy. Przy okazji czekamy na wszystkich, niestety rozdzieliliśmy się bo brakuje nam trzeciego autka, ekipa Mariusza gdzieś się nam zapodziała, z nadzieją, że spotkamy się lada chwila ruszamy dalej. Przed nami równie piękne widoki i coraz mniej kilometrów do drzew kauri. Droga staje się coraz bardziej kręta, małe domki , owieczki bardzo urokliwe okolice. Mamy pierwszy przystanek i pętla po lesie. Drzewa wielkie, nazywane soplicami lub agatisami wyglądają imponująco. Przy wejściu i wyjściu z lasu musimy umyć buty. Zajmuje się tym Maciek, który spryskuje nie tylko buty…
Spacer piękny, zieleń inna niż u nas, drzewa cudne. A to jeszcze nie te największe. Jedziemy dalej. Zmiana za kierownicą. B pewnie i dzielnie rusza przed siebie. Jak na złość trasa niełatwa bo zamiast asfaltu mamy kilkanaście kilometrów kamyczków i szutru. Ale i tak jest cudnie.
Kolejne przystanki na drzewa przed nami, dzielimy zachwyt pomiędzy nimi a infrastrukturą turystyczną i zadbanymi toaletami. Czas nas goni ale chęć zobaczenia wszystkiego jest większa i dlatego co raz robimy kolejny przystanek i maszerujemy wgłąb lasu. Dwa największe drzewa Pan Lasu i Władca Puszczy powalają z nóg. Są wielkie, największe jakie dotychczas każdy z nas widział na świecie. Imponujące. Nie mamy nawet pomysłu jak zrobić im zdjęcie by oddać tę wielkość.
Jesteśmy zadowoleni z naszej decyzji o dotarciu aż tutaj. Teraz tylko dotrzeć na nocleg. Zerkamy na to co pokazuje GPS, nie bardzo nas to pociesza, bo przed nami prom a ten przestaje kursować o 22. Na GPS czas przybycia 22:08; B rusza jak z kopyta.
Tankujemy się w jednym z maleńkich miasteczek na trasie i teraz już nieprzerwanie jedziemy dalej. Brak zasięgu i niestety brak kontaktu z naszą czwórką, która zniknęła nam z oczu jeszcze na autostradzie. Próbuję wysłać kolejne wiadomości.
W jednym ze sklepików wykupujemy zapas batoników i bułek, obawiamy się, że na miejscu może nie być już kolacji….
Nagle okazuje się, że nasz GPS skalkulował trasę wykluczając prom i licząc dłuższy objazd szutrem przez las, w minutę zaoszczędziliśmy sobie ok. 50 kilometrów. Oddychamy z ulgą , musimy zdążyć.
Prom jak na życzenie gotowy do drogi. Wjeżdżamy i teraz już na pewno wiemy, że dotrzemy na miejsce. Ekipa z drugiego samochodu wreszcie dostała wiadomość, są za nami. Jedzą kolację. My już po ciemku docieramy na miejsce. Dzisiaj nocujemy w domkach. Mamy do dyspozycji dwa domki z czterema sypialniami, wielkim salonem, kuchnią, łazienką, pralnia, basenem a nawet grillem. Nie omieszkamy go wykorzystać.
Zostawiamy szybko bagaże w naszych domkach i z wielką nadzieją a jeszcze większym głodem udajemy się do miasteczka, mieszkamy w Russell by znaleźć coś do jedzenia. Pub – kuchnia już zamknięta, pizza – panowie sprzątają krzesła, sushi – nikogo nie ma, restauracja – niestety za późno. Nie poddajemy się, miasteczko niewielkie więc w pięć minut przeszliśmy wszystko. Kolejne restauracje też już z zamkniętą kuchnią, jedna, gdzie mają tylko deser kawę i wino, miasto śpi. Szukamy dalej. Noc - ciemno i głucho. A. pyta całą grupę czy jednak nie lepiej zjeść chociaż deser niż na pusty żołądek iść spać. Po chwili namysłu zgadzamy się. Pani kelnerka widząc całą grupę powracającą de restauracji pewnie nie jest bardzo zachwycona, ale słowo się rzekło. Ja i Maciek biegamy jeszcze z nadzieją znalezienia jednak jakiegoś miejsca serwującego późną kolację. Niestety nic, dzwoni B., przekabacili panią i mamy kolację. Jak im się to udało? Super.
Wybór jest jeden: Fish and chips a do tego pyszne wino nowozelandzkie. Co za pycha. Jesteśmy zachwyceni i najedzeni. Atmosfera przy kolacji wyjątkowa, przegadujemy cały dzień , tu docierają do nas pozostali i jesteśmy w komplecie. Każdy z nas dzieli się swoimi wrażeniami a w pokojach po krótkim rozlokowaniu się zbieramy się na odprawę wycieczkową.
Oczywiście znosimy własne zapasy i bawimy się do drugiej w nocy.

Leniwe śniadanko w Russell, nie zabrakło świeżych bułeczek, jajecznicy, miodu i nutelli. Kucharzymy sami – jest pysznie. Pogoda super, dopiero teraz miasteczko nabrało uroku, nasze domki też. Ślicznie. Plany dzisiaj to wyprawa przez Waitangi i Kerikeri na północ. Pierwsi ruszają Mariusz i reszta. My jeszcze chwilę, bo musimy potwierdzić rezerwacje raftingu podziemnego. Gubimy gdzieś trasę z promem i zasuwamy dookoła po szutrze, dzisiaj za kierownicą A – Pani Hołowczyc. Nabieramy śmiałości ale i fantazji w prowadzeniu.

W Waitangi zwiedzamy miejsce traktatowe, potem wodospady, oczywiście obowiązkowa kawka. Cały czas zamierzamy ruszyć na północ ale kilometry do przejechania nie zachęcają. Ostatecznie wygrywa u nas chęć pokręcenia się po okolicy. Mariusz spotkany w Waitangi potwierdził, że oni jadą dalej.
Rozdzielamy się ponownie. My docieramy do jednej z tutejszych winnic. Najpierw zamawiamy sobie obiad, potem degustacja win. Testujemy białe, rose i czerwone. Wybieramy naszego faworyta i zamawiamy go do lunchu. Mięsko: wołowina i jagnięcina smakują wybornie, ryba również choć nie dorównuje wczorajszej.
Czas na powrót do hotelu. Po drodze wpadamy na pomysł zorganizowania dzisiaj na kolację grilla. Zatrzymujemy się u najprawdziwszego rzeźnika. Jest ich nawet dwóch, wyglądają podejrzanie, ale my tak samo pewnie wyglądamy w ich oczach, kiedy w 9 wchodzimy do sklepu z wielkimi oczami. Marudzimy, wybieramy, przebieramy, ostatecznie panowie marynują nam jagnięcinę, piękny kawał wołowiny, mamy też kurczaka i kiełbaski. W sklepie opodal dokupujemy pieczywo i ketchup.
Już nam ślinka leci. W hotelu sjesta. Nie wiadomo kiedy część z nas zapada w niedźwiedzi sen. Może to jeszcze zmiana czasu, a może kilometry przejechane wczoraj? Śpimy jak zabici. Przed 20:00 spotykamy się na grillu. Wszystko przygotowane. Mistrzami grillowania zostają A i B, ogniomistrzem zostaje Maciek, który ratuje płonące od czasu do czasu mięsko polewając grill wodą… Zdobywamy kolejne sprawności.
Jesteśmy w komplecie, drzemka popołudniowa trochę nas rozleniwiła i nie wszystkim było łatwo wstać. Ale jesteśmy.
Tuz po 21 zjawiają się także pozostali. Co za determinacja! Dotarli rzeczywiście na samą północ. Oglądamy zdjęcia i słuchamy opowieści. Było pięknie, cudne widoki, klify schodzące do wody. Grzebień na wodzie w miejscu gdzie spotyka się Ocean Spokojny z Morzem Tasmana. I wreszcie to co kusiło nas wszystkich plaże, po których wolno jeździć samochodem, wprawdzie bez ubezpieczenia, ale jak się okazało popołudniem był odpływ i było bardzo bezpiecznie. Wszyscy zadowoleni objadamy się mięskiem, które smakuje wybornie. B. inicjuje opowieści podróżnicze, wspominamy swoje wyprawy, wymieniamy swoich ulubieńców, nad nami czarne niebo a wokół wakacyjny nastrój.
 

Tu pierwszy listopada nie ma znaczenia, choć pogoda dzisiaj przypomina, że to raczej smutny dzień. Leje jak z cebra. Całą noc deszcz dzwonił nam o szyby i dach, a teraz niestety wcale nie jest lepiej. Ale kiedyś przy tak długiej wyprawie deszcz i tak by nas zmoczył, więc dobrze, że wybrał sobie dzień jednego z dłuższych przejazdów. Z dalekiej północy musimy przedostać się aż za Auckland w okolice Waitomo. Po śniadaniu formujemy kolumnę. Prowadzi dzisiaj samochód Mariusza. Jako jedyni wczoraj odkryli krótsza drogę z promem i przez to uniknęli szutrów. Góry zamglone, szaroburo za oknem, ale ciepło. Musimy zjechać z trasy, bo mamy na pokładzie pierwsze dolegliwości żołądkowe, ale nie ma przypadków i dlatego w Kawakawa korzystając z okazji oglądamy miejsce , gdzie na emeryturze mieszkał ale i tworzył Hundertwasser. Pamiątkowe zdjęcia przy toaletach, które tu zaprojektował i zatankowani ruszamy dalej. Już tylko w kolumnie dwuczłonowej, ale ponieważ wcześniej ustaliliśmy miejsce zbiórki na trasie gonimy Maćka M., który prowadził dzisiaj maraton. Spory ruch na trasie, oczywiście jak na Nową Zelandię, wyjechało dużo ciężarówek, ale i tak jedzie się bardzo przyjemnie. Z dala rysuje się już panorama na Auckland, pokonujemy słynny most i pogoda się poprawia, widać nawet słońce. Niestety już po kilkunastu kilometrach znowu pada. Zjeżdżamy na dużą stację i tu lunch oraz dobra kawa . Przed nami ostatni odcinek drogi, jedziemy wspólnie.

Na życzenie Zosi dzisiejszy nocleg znalazłam na farmie. Wcale nie było to bardzo proste, bo większość tutejszych noclegów gościnnych u rodzin nowozelandzkich proponuje jeden, co najwyżej 2 pokoje a my jesteśmy aż w 13. Ale po długich poszukiwaniach nawiązałam kontakt mailowy z jedną z rodzin w Pirongia i Ci, jako jedyni znaleźli rozwiązanie i zaproponowali u siebie 5 pokoi, zajęliśmy tym samym cały ich dom, a dwa pokoje wynegocjowali z sąsiadami, prowadzącymi także farmę i pokoje gościnne. Docieramy na miejsce. Maleńki domeczek bardzo ukwiecony, na pastwisku owieczki i bydło. Jest stawek, kamelie, kalie, różaneczniki, chabry, maki, pierwiosnki, wiosna w pełni. Pani domu wita nas w progu i zaprasza do środka, pokazuje swoje pokoje gościnne i zaprasza na kawę i herbatę oraz babeczki. Mamy okazję by wypytać ich o tutejsze życie, potem obiecane spotkanie z owieczkami i bydłem. Gospodarz to farmer przez duże F, dwoi się i troi by nam dogodzić, możemy nawet potulić owieczki, z czego wielu z nas korzysta. Czas na krótką rozłąkę nasz samochód jedzie do sąsiadów. Tu okazuje się, że trafiamy do absolutnych koniarzy. Powitanie już daje nam jasno do zrozumienia, kto się tu liczy. Jak się potem okaże właściciel powitał nas przy wjeździe kiwając głową tylko i pokazując ręką dokąd mamy jechać nie przestając tulić się do dwóch wielkich fryzów, które wprowadzał do boksów. Na końcu drogi była mała chatka, pukamy, nic, wchodzimy nic, halo – jest tu kto? Słychać z daleka głos pani domu – dajcie mi 10 sekund. Pewnie się szykuje… Nic bardziej mylnego, wreszcie kroczek po kroczku lądujemy w salonie, a tam niezły widok. Wszystko upstrzone końmi, pani siedzi na kanapie, w ręce talon z zakładami i długopis, a na ekranie wielka gonitwa na żywo z Melbourne. To wszystko. Na szczęście gonitwa była krótka, pani nic nie wygrała, a my dostaliśmy jednak miejsce do spania. To jest pasja.
Kwaterujemy się i ustalamy detale co do kolacji. Szybko zbieramy zamówienia i nasza gospodyni zabiera się za przygotowania, szybkie zakupy i za kilka chwil na stole lądują największe porcje świata z kurczakiem, jagnięciną, wołowiną a nawet wieprzem. Zajadamy się przy nowozelandzkim winie i piwie. Gospodarze nie zmieścili się przy wspólnym stole i siedzą na kanapie. Proponują nam film o wyspie Południowej i koniach. Z grzeczności przytakujemy, i co za niespodzianka, okazuje się że głównym bohaterem filmu jest nasz gospodarz i jego konie. Rozglądamy się po pokojach i całym domu. Mnóstwo nagród w powożeniu, skokach, biegach. Konie zdominowały tu każdy kąt. A na półce w salonie kufel z Poznaniem ? Co on tutaj robi? Zaraz tajemnica się wyjaśnia. Pan znalazł w Internecie namiary na polskiego producenta dorożek i nawiązał z nim kontakt. Na tyle dobre to były dorożki i na tyle korzystne cenowo, że obaj panowie współpracują ze sobą, zamówione karoce w kontenerach przypływają tutaj aż do Nowej Zelandii, a rodzina u której jesteśmy bywa w Polsce, zna Gdańsk i Poznań oraz uwielbia Polaków. Czy można było trafić lepiej? Wypytujemy o hobby, które stało się całym życiem. A. jest w siódmym niebie, ubóstwia konie, a te może poprzytulać z bliska. Umawiamy się na przejażdżkę jutro po wsi wozem.
 
 

Budzimy się w dwóch różnych domostwach i pewnie większość z nas pierwsze co robi to wygląda przez okno i wbrew wszelkim prognozom pogody, które wieściły deszcz przez najbliższe dni świeci słońce. Śniadanko przygotowane przez naszych gospodarzy i jesteśmy gotowi do drogi. Spotykamy się nawet przed czasem na drodze i ruszamy do Waitomo. Tutaj prócz świetlików wymyśliliśmy sobie rafting podziemny.

Jest to jedyna taka atrakcja na świecie i wszyscy podjęli decyzję o dzisiejszym raftingu. Docieramy na miejsce na kilka minut przed czasem. Najpierw podpisujemy mnóstwo dokumentów i płacimy wstęp. Potem udajemy się do przebieralni, gdzie każdy z nas dostaje piankę, buty, kask z czołówką i mamy chwilę na przebranie. Zostawiamy nasze rzeczy w schowkach i ruszamy w  stronę jaskini. Tutaj najpierw na sucho szkolenie, każdy dostaje swoją dętkę i mamy pierwszy trening. Zostajemy nauczeni jak zrobić węgorza, bardziej to przypomina nasz wierszyk o dziadku i rzepce, ale tu nazywa się to węgorz. Nie kończy się tylko na ćwiczeniach na sucho, stajemy po kolei na małej kładce i musimy przygotować się do skoków do wody, jakie czekają nas w jaskini.
Pierwszy Maciek M. potem kolejne osoby. Woda zimna ale to dopiero wstęp do tego, co czeka nas w jaskini pod ziemią. Basia okazuje się naszą bohaterką, bo choć obaw ma bez liku to ostatecznie także skacze do wody. Brawo!
Jedziemy Buskiem dalej by przejść w naszych gustownych kaloszach i wciskamy się do jaskini. Tu kawałek bardzo wąskim korytarzem. Tu ku naszemu zaskoczeniu bardzo wartki nurt rzeki i ciemność. Włączamy nasze czołówki, robimy pierwsze zdjęcia. Ustawiamy się kolejno i powoli asekurując się stąpamy coraz głębiej i głębiej. Przed nami kolejne półtorej godziny zabawy. Przedzieramy się przez wąskie tunele, walczymy z porywającym nas nurtem rzeki, wciskamy się w każdy kąt, zeskakujemy dwukrotnie z małych wodospadów, pływamy na dętkach. W nagrodę mała słodka przerwa i zajadamy się czekoladową pianką. Doładowujemy energię i dalej w drogę. Wyłączamy nasze latarki by zobaczyć migoczące świetliki. Zaczyna nam być zimno, mimo pianek zimna rzeczna woda jest coraz bardziej dokuczliwa. Trzęsą się wszystkie chuderlaki, potem szczękają zębami już wszyscy. Wreszcie docieramy do końca. Było inaczej. Pięknie i bezpiecznie. Wszystkim udało się nam pokonać całą trasę. Jesteśmy z siebie bardzo dumni, tym bardziej, że kilkoro z nas nie jest z wodą za pan brat a nawet nie potrafi dobrze pływać. Tym większe brawa i podziw za odwagę.
Na koniec gorący kubek z zupą pomidorową i precle. Przydały się, bo zimno nam po raftingu. Teraz dzielimy się na dwie grupy i ruszamy. Celem jest Rotorua, ale wcześniej obiecane konie. Fryzy ciągną wóz z nami przez wieś. Jest przyjemnie.
Przystanek po drodze, kawka i coś maleńkiego do zjedzenia. Docieramy do Rotorua i decydujemy się na wizytę u kiwi. Woliera całkiem spora i tylko trzy nieloty. Niestety śpią i nie chcą się nam pokazać z bliska.
Oglądamy także inne ptaki i zwierzaki.
 Hotel i po krótkiej przerwie i uzupełnieniu zapasów ruszamy do gorących źródeł. To tutejsza specjalność, nad całą Rotorua unosi się zapach siarkowodoru. Woń jest na tyle intensywna, że przedziera się nawet przez zamknięte okna i drzwi.
W gorących źródłach sporo turystów, najwięcej Azjatów. B. załatwia nam popis swoich umiejętności pływackich i basen się zwalnia, a zaskoczeni Azjaci rozpierzchają się w popłochu robiąc nam miejsce.
Najbardziej ulubionym basenem jest ten bardzo gorący z widokiem na jezioro Rotorua. Piękny widok, gwiazdy, migoczące światełka po drugiej stronie jeziora. Jest nam bardzo miło i dobrze, w drodze do hotelu małe zakupy i kolacyjka przy winku i oliwkach oraz serach. Jutro zwiedzanie Rotorua i okolic.

Dzisiaj postanowiliśmy dłużej pospać. Rotorua to idealne miejsce na różne atrakcje sportowe, o których wielu z nas czytało już wcześniej. Po śniadaniu atakujemy bank. Po raz kolejny Nowa Zelandia sprowadza nas na ziemię i poucza, że banki otwierane są tutaj dopiero po 10.00 a nie wcześniej.

Planujemy kolejność zwiedzania. A. i B. mają ochotę na wizytę w Agrodomie na pokazie strzyżenia owiec. Skąd im się wziął taki pomysł? Maciej dołącza do dziewczyn, zostałam przegłosowana, jadę razem z nimi. Auto Mariusza decyduje się na inny plan zwiedzania i zakładamy, że spotkamy się przy kulach na zorbingu. Pozostali chcą jechać także do Agrodomu, ale nie piszą się na show.
Jak się okazuje show jest bardzo w stylu kiwi, pan krzyczy dziarskim głosem, na scenę co jakiś czas wpadają kolejne gatunki owiec, pani pokazuje różnice i podkarmia baranki. Potem jeszcze prezentacja psów pasterskich i pokaz samego strzyżenia. Na scenie sporo zwierzaków łącznie z dojną krową, a pośród publiczności najwięcej Azjatów, którym popisy na scenie sprawiają wielką radość.
Kiedy już poznaliśmy 19 ras różnych owiec ruszamy dalej. W tym czasie autko Rysia w Agrodomie jeździ sobie traktorkiem i głaszcze owieczki, kózki, lamy i alpaki. Taki Eko dzień.
Następny punkt programu to zorbing – specjalność Nowej Zelandii. Docieramy na miejsce. Wydaje się nam, że tory są dość krótkie więc ruszamy do miasta, gdzie widzieliśmy po drodze punkt konkurencyjny. Na miejscu okazuje się, że jest dopiero w budowie i jest jeszcze skromniejszy niż ten, gdzie byliśmy uprzednio. Wracamy.
Ja rwę się do przodu, bo zorbing marzył mi się od dawna. Pan instruuje nas o poszczególnych torach zjazdu i kulkach. Najpierw wybieramy wersję na sucho, ale po tym jak pan się krzywi zmieniamy na wersję na mokro. W pierwszej kolejności Ja i Maciek. W strojach wjeżdżamy na szczyt pagórka i pan wtacza wielkie kule, napełnia je wodą i już. Najpierw ja wybieram tor po zygzaku, potem Maciej. Jest super, jesteśmy cali mokrzy i mocno wstrząśnięci ale było tak jak chciałam. Mariusz, Mario, Maciek i Aga byli na dole i dzięki temu mamy zdjęcia i film. Teraz kolej na nich, po naszych wrażeniach też decydują się na ten sam tor i są równie zadowoleni.
Kolejny punkt programu to gondola i saneczki i to nam się podoba, można się tu nawet ścigać. Pogoda piękna, słońce i przez to cudowny widok na całe miasto.
Czas na wioskę maoryską zasypaną przez wybuch wulkanu. Tu spotykamy się wszyscy, w planach mieliśmy jeszcze park z gejzerami ale po przeliczeniu kilometrów musimy go przełożyć na inny dzień. Wioska stwarza świetne warunki do spaceru, zdjęć a na koniec pyszna kawka i mała przekąska. Przed nami już tylko droga do Taupo. Tu nocujemy dwie noce z rzędu.
Jedziemy razem. Mieszkamy nad samym brzegiem Jeziora Taupo.
Podczas snucia planów na kolację Maciek M. wspomina o krewetkach i dzikim ryżu. Czemu nie? Zatem zapada decyzja:  jemy dzisiaj u Maćka. Zakupy, małe zmiany w przepisie i wre praca. Ponieważ nasze pokoje wyposażone są w kuchnie i każdy z nas ma po dwa palniki dzielimy się pracą i garnkami. U Zosi pachnie ryżem, jeden gar pyrka u Niej. A. i B. też mają każda po garze ryżu. U mnie smaży się kurczak specjalnie dla Hanki, która nie jada krewetek. Za to prawdziwa praca zbiorowa w pokoju u Maćka, Mariusza, Mario i Agi. Tu sieka się pietruszkę, kroi cebulę, paprykę, przygotowuje krewetki.
Pada hasło, danie gotowe. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem talentu kulinarnego Maćka M. na stole talerze pięknie udekorowane, a na nich czarny ryż i krewetki z szynką parmeńską i sosem pomidorowym. Do tego winko i piwo. Wyborne.
Oto przepis:
Na patelni podsmażyć cebulę i czosnek, dodać pokrojoną w kawałeczki szynkę szwarcwaldzką (tak było w oryginalnym przepisie), potem krewetki (mogą być mrożone) i sos pomidorowy z puszki. Doprawić solą i pieprzem oraz wykończyć chilli, tak by krewetki były łagodne a paliło dopiero w gardle. Tak zasugerował sam mistrz patelni.
Zajadamy ze smakiem. To nie koniec atrakcji kulinarnych bo na deser lody!
I tak kończymy kolejny miły dzień.

Co niektórzy wypominali mi, że wstajemy w Nowej Zelandii wyjątkowo późno i w ogóle jakoś tak mało intensywnie. Dzisiaj mieli zmienić zdanie. I to jak bardzo…

Zacznijmy jednak od początku. Dzisiejszego punktu programu nie mogło zabraknąć na naszej trasie. Najpierw opowieści Jamirami o wspaniałym trekkingu w Parku Narodowym Tongariro. Wskazówki co do podziału grupy, wymiany kluczyków na trasie i opisy barokowe wspaniałości przyrody na trasie. Potem żal Oli i Wacka oraz Agaty i Kaśki, że pogoda uniemożliwiła im wejście na szlak. Dodatkowo bajkowe opisy trasy we wszystkich przewodnikach, na forach internetowych, itd.. Decyzja zapadła. Ruszamy na trekking. Przed nami 17 do 19 kilometrów do przejścia, w zależności od źródeł, czas ok. 6-8 godzin. Pogoda idealna, piękne słońce mimo wczesnej pory. Co wiemy, że czekają nas 4 pory roku na szlaku, że może być zimno, że szlak nie jest trudny tylko długi i że nie można go pominąć.
Formujemy grupę. W hotelu zostają Aniołowie. Marek doznał przed wyjazdem urazu kostki i teraz jak na złość ten się przypomniał. Jak bardzo będziemy im zazdrościć już za kilka godzin. My jednak już o 6.30 gotowi w dwóch autach, z zapasem jedzenia i picia bo na drodze nie ma nic jedziemy do bram parku. Wjeżdżamy wspólnie na parking, gdzie startują Mariusze, Maciek M. i Aga. Oglądamy mapę, wszystko wydaje się potwierdzać. Prócz nas kilka innych samochodów, przy czy jest to parking gdzie zazwyczaj wszyscy kończą marsz. My jednak chcąc wymienić się kluczykami zaczynamy z dwóch krańców jednocześnie. Tu startują Maciek i Mariusz oraz Aga – nasi ubiegłoroczni zdobywcy Kilimandżaro oraz Mario słynący z zamiłowania do górskich wycieczek.
Na zewnątrz bardzo rześko, ale słonecznie.
My przejeżdżamy na inny parking, tu zdecydowanie większy ruch. Sznurujemy mocno buty, naciągamy czapki (kto ma) i ruszamy. Najpierw szlak prowadzi łagodnie pod górę. Podglądamy bardzo precyzyjnie oznaczenia na słupkach i na tablicach, wszystkie czasy marszu zgadzają się co do minuty. Widoczność nie jest zbyt dobra, ale przecież jest jeszcze bardzo wcześnie a na dole piękne słońce. Niestety z każdym kolejnym kilometrem widoczność zamiast się poprawiać w zastraszającym tempie się pogarsza. Nadciągają chmury i zaczyna padać. Nie wszyscy są przygotowani na taki deszcz i takie warunki, do tej pory Nowa Zelandia miała raczej tendencję do dramatyzowania i tak potraktowaliśmy też dzisiejsze ostrzeżenia o deszczu czy śniegu. O jakże się myliliśmy. Leje jak z cebra, jesteśmy cali mokrzy do samych majtek. Przed nami strome podejścia, pojawia się śnieg. Za jedną ze skal szukamy schronienia by zjeść nasze kanapki i złapać oddech. Zosia i Basia są już mocno zmęczone. Maciej idzie jako pierwszy, wymiennie z A. My po środku. Inni piechurzy tak samo mokrzy jak my i tak samo przygotowani jak my. Słabe to pocieszenie. Śnieg zamienia się w całe bardzo nieprzyjemne chmury maleńkich piekielnie ostrych igiełek lodu, które bezlitośnie wbijają się nam w twarz i ranią policzki oraz oczy z każdym mocnym podmuchem wiatru. Wkładamy okulary przeciwsłoneczne, parują i są bardzo mokre. Zdejmujemy, mrużymy oczy z bólu. Każdy ma dość. Na pewno każdemu z nas przyszła na myśl idea powrotu. Jednak to co za nami też nie napawa zbyt wielkim optymizmem. Decyzja męska, Rysio i Maciek pchają nas na przód. Jesteśmy już bardzo wysoko, ale droga pnie się jeszcze wyżej, przed nami najtrudniejsze etapy, jesteśmy na samej nieosłoniętej z żadnej strony grani a wiatr wieje bezlitośnie. Kilkukrotnie musimy paść na kolana i przytulić się do ziemi w obawie by nas nie zdmuchnęło.
Pojawiają się pierwsze łzy w oczach. Zosia składa uroczystą przysięgę, że to jej ostatni trekking w górach. Wierzyć? Nie wierzyć? Wielu z nas myśli podobnie. Za każdym zakrętem wydaje się nam, że to już koniec. Niestety jeszcze sporo przed nami. Nikt nie idzie z naprzeciwka by zapytać czy daleko jeszcze. Wreszcie jesteśmy na samym szczycie. Przed nami nie koniec niespodzianek. Wielka dolina wypełniona grubą warstwą śniegu. Jest nadal bardzo wietrznie, zimno i nieprzyjemnie. Każdy z nas ma już bardzo opuchnięte dłonie i ledwo co rusza palcami. Część z nas ma mokre buty, skarpetki i nogi. Zimno nam bardzo. A tu do przejścia kolejne metry po śniegu. Zapadamy się regularnie ale brniemy dalej. Na horyzoncie idzie nam z naprzeciwka nasza czwórka. Też zmęczeni, narzekają na strome podejście i schody, boimy się przyznać co dopiero przed nimi. Przekazujemy sobie uroczyście kluczyki. Aga na domiar złego zapomniała zabrać z pokoju kanapki dla chłopaków, idą na głodniaka. Ale to po ich stronie jest doświadczenie. Aga zdążyła nam powiedzieć, że to właśnie takich atrakcji spodziewała się tutaj w Nowej Zelandii. Czy oby na pewno?
Teraz już łatwiej. Ale mamy pierwszą kontuzję. Basia nadciągnęła sobie przy schodzeniu nogę i kuleje. Rysio pomaga jej i idą na koniec. My by się rozgrzać szybko maszerujemy przed siebie. Pogoda nieznacznie się poprawia, na tyle, że odsłania ładne kolorowe jeziorka. Jest przynajmniej na co popatrzeć.
Zejście ze szczytu też jakoś nie napawa wielkim optymizmem. Jest co dreptać i żużel wulkaniczny pod nogami. Co zejdziemy kilkanaście metrów to pojawia się przed nami kolejny pagórek i trzeba skrobać się na mały ale zawsze szczyt.
Na naszym horyzoncie chatka. Mamy jeszcze zapasy jedzenia, decydujemy się schronić przez chwilę w domku. Tu z zazdrością podziwiamy małą grupkę Niemców w krótkich spodenkach ale z kocherem. Dojadamy kanapki, potem mandarynki i jabłko. Mamy jeszcze batoniki. W tym czasie dołączają do nas Rysio i Basia, także oni na chwilę odpoczywają. Znaki nie kłamią i obwieszczają jeszcze 1,5 godziny do parkingu. Startujemy. Pogoda nieco lepsza, trochę więcej słońca. Poprawiła się też widoczność. Mamy rozległą panoramę przed sobą. Jest rzeczywiście co podziwiać. Choć trasa na samym początku nie odpowiadała opisowi naszej grupy, że taka stroma i długa, zmieniamy zdanie, rzeczywiście stopnie są upierdliwe i naprawdę jest co maszerować.
Nasza czwórka dobija jako pierwsza na parking, w oczekiwaniu na pozostałych piechurów A. wyciąga kości. Schodzi Rysio, ku naszemu zdziwieniu w tym samym czasie docierają na parking M, M, M i A. Mieli świetne tempo, nauka z Kilimandżaro nie poszła w las. Super. Są tak samo mokrzy i zmęczeni jak my, przyznają, że mieliśmy trudny odcinek do przejścia. Umawiamy się na spotkanie w hotelu. Zosia i Basia schodzą z góry, marzy się nam tylko gorący prysznic i odpoczynek.
W hotelu zapadamy w głęboki sen. Wrzucamy jeszcze rzeczy do prania i odpoczywamy. Niektórzy z nas obudza się dopiero rano następnego dnia. My wybudzeni przez nasze Koleżanki A i B idziemy do miasta na kolację. I dobrze, że znaleźliśmy jeszcze trochę motywacji, bo tu sporo ludzi, mecz nietypowo piłki nożnej a nie rugby i jak zwykle pyszna ryba albo wołowina.
Przed snem jeszcze mała narada techniczna odnośnie jutrzejszych planów i wreszcie zasłużony odpoczynek. Co poniektórych już zaczynają boleć łydki, mięśnie pupy, szyja, głowa.

Ruszamy dość wcześnie, bo nadrabiamy zaległości. Wracamy w kierunku Rotorua, by odwiedzić park z gejzerami i kolorowymi jeziorkami. Nie udało się nam zobaczyć go w drodze do Taupo, bo za dużo atrakcji było po drodze. Dzisiaj pasuje nam idealnie, bo akurat zdążymy na wybuch gejzeru Lady Fox. Po drodze tankujemy, wymieniamy pieniądze i spotykamy się na spacerze w parku. Trasy bardzo ładnie przygotowane, gejzerki robią na nas wrażenie, są bardzo kolorowe, wyszło słońce i woda mieni się różnymi kolorami. Pilnujemy czasu by nie spóźnić się na wybuch gejzera. Codziennie o 10.15 jest on stymulowany przez tutejszą obsługę, podobnie jest i dzisiaj. Pan z parku po krótkim wstępie po dosypuje do krateru gejzera trochę mydła, a ten za chwilę zaczyna się najpierw pienić a potem wyrzuca strumień wody w górę. Podziwiamy a w drodze powrotnej zaczepiamy jeszcze o bulgoczące błotka, tu coś kipi, bulgocze. Czas na ostatni odcinek spaceru w parku. Została nam żółta trasa. Mała kawka i dzielimy się na dwie grupy. Samochód z MMM i A adoptuje jeszcze jednego Maćka i w piątkę ruszają nad rzekę Tongariro, gdzie zarezerwowaliśmy rafting. My w tym czasie kierujemy się w stronę Napier. W planach mamy najpierw odwiedziny jednej z okolicznych winnic, a potem zwiedzanie stolicy Art Deco w Nowej Zelandii.

Nasza dzisiejsza trasa obfituje w mnóstwo bardzo ciekawych i typowo nowozelandzkich widoków. Są zielone góry, piękne słońce, owieczki i kolorowe kwiaty. Akurat teraz na żółto kwitną żarnowce, pięknie to wygląda. Robimy kilka przystanków na zdjęcia.
Winnice dzisiaj pękają w szwach. Jest sobotnie popołudnie i sporo mieszkańców Napier wraz z dzieciakami wybrało się na leniwe popołudnie połączone z degustacją wina i małym lunchem.
Jedna z winnic nam nie odpowiada bo straszliwie tu głośno i tłoczno, zmieniamy ją na pobliską, ale tu jeszcze nie działa restauracja, która ma teraz akurat przerwę. Aby czekać zbyt długo, opuszczamy zatem winnice z planami powrotu tu wieczorem i jedziemy do miasta w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Jak się okazuje być głodnym około 16 w Nowej Zelandii to proszenie się o duże problemy. Wszystko już zamknięte po wydaniu obiadu i jeszcze zamknięte przed kolacją.
Wreszcie dosłownie przed drzwiami jednego z barów wyprosiliśmy jego otwarcie. Smażony Holender – brzmi nieźle, a w środku ryba i frytki oraz sajgonki z warzywami dla Hanki. Organizujemy się przy dwóch stolikach robiąc trochę zamieszania ale zajadamy świeżą rybkę.
Stąd już bardzo blisko do hotelu. Tu zajmujemy kolejne pokoje, łączymy się z Internetem – co wcale nie jest tu w Nowej Zelandii takie oczywiste i łatwo dostępne i chwilę planujemy nasz wieczór przy winie i oliwkach. Warto wybrać się do miasteczka, centrum to tylko dwie uliczki, ale widoki są bardzo obiecujące. Już w drodze do portu wjechaliśmy na punkt widokowy, a panorama była zachwycająca.
Rusza do miasta autko nr 2. Zwiedzają i spacerują. A i B spacerują po plaży, gdzie dzisiaj sporo osób pali ogniska. Potem mnóstwo fajerwerków, okazuje się, że to święte zbliżone do naszego pierwszego dnia wiosny a jednocześnie święto domu i ogrodu.
Ja czekam w hotelu na naszych żądnych przygód raftingowców. Docierają dość późno. Ale wszyscy bardzo zadowoleni. Sama rzeka podobno piękna i trasa raftingu bardzo malownicza. Było bezpiecznie, przełomów sporo nie bardzo groźnych. Są nawet zdjęcia. Wszyscy zadowoleni i polecają to na przyszłość wszystkim grupom. Wpisuję do programu.
Dzisiaj śpimy szybko, bo jutro głuptaki. Przyspieszamy i śniadanie pan z hotelu serwuje nam już na kolację…

Słychać tylko jęki poranne. Dzisiaj pobudka już ok. 5, o 6.00 musimy wyjechać na Przylądek Kidnappers. Tu przed nami wycieczka w poszukiwaniu głuptaków. Rezerwowaliśmy tę wyprawę z dużym wyprzedzeniem i zasadnie, bo nie ma wolnych miejsc. Wybraliśmy nietypową formę zwiedzania. Na duży parking podjeżdżają dwa traktory, jeden z przyczepą i to są właśnie miejsca dla nas. Zajmujemy wyściełane kanapy i suniemy po plaży. Nasi traktorzyści pokazują nam warstwowe ułożenie skał i ciekawe klify, my jednak najbardziej czekamy na głuptaki. Ich małą kolonię mijamy przy Czarnej Rafie, do największej z nich wiedzie półgodzinny pieszy szlak. Dziarsko wybieramy się na trasę, choć jesteśmy nadal grupą z typu kuśtyk, kuśtyk, tu kolano, tu kręgosłup, tu ciągną łydki…

Nie poddajemy się i miło wspominamy nasz trekking.
Na górze ku naszemu zaskoczeniu ale i radości cała płaska polana wypełniona ptakami. Głuptaki mają tu swoje gniazda, akurat rozpoczął się okres lęgowy. Nad naszymi głowami szybują samce z roślinami, glonami w dziobach, budują gniazda. Niektóre samice wysiadują już po jednym jaju. Głuptaki wcale się nas nie boją, wręcz przeciwnie, stroszą piórka, zabawnie przekrzywiają głowy, pozują do zdjęć i oczywiście pokrzykują bardzo żywotnie.
Sesji nie ma końca, tym bardziej, że dookoła widoki równie ciekawe, mamy wzgórza, zielone łąki, strome klify, błękitne niebo. Nie wiadomo czym najpierw nacieszyć oczy.
Tym samym traktorem wracamy do portu, tym razem prawa strona przyczepy dwukrotnie zalana jest jedną z wysokich fal. Wyrównuje się, wszyscy mamy mokre buty i skarpetki.
Chwilę przed południem jesteśmy na miejscu, zarzucamy pomysł o kawie i kanapce i pędzimy do stolicy. Tu największą atrakcją jest wielkie muzeum Te Papa, a ponieważ zamykają je o 18 musimy zdążyć na czas by zobaczyć najciekawsze wystawy.
Co zgrana grupa to zgrana, już ok. 16 wszyscy spotykamy się na IV piętrze muzeum wcześniej zaparkowawszy nasze autka obok siebie. Nie sposób zgubić się w Nowej Zelandii. Zresztą pani wolontariuszka pracująca w tutejszej informacji z dużym uśmiechem wyznała iż Wellington to po prostu wioska, ale da się polubić. Lubimy i my.
Muzuem interaktywne i bardzo ciekawe. Oglądamy wszystkie eksponaty, bawimy się śledząc labirynt, docieramy do domku aby przeżyć trzęsienie ziemi, oglądamy największą ośmiornicę na świecie, potem filmy, bajki, spacery.
Decyzją grupy jedziemy do hotelu, jesteśmy w ścisłym centrum, zostawiamy bagaże i idziemy na spacer do miasta w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Mijamy restauracyjki chińskie, tajskie, malajskie, hinduskie, włoskie, libańskie, wreszcie znajdujemy dość miejsca w pizzerii. Właścicielem okazuje się przemiły Libańczyk, urodzony w Australii, który przed trzema laty odwiedził Polskę i bardzo mu się tam podobało. Zajadamy się pizzą kiwi i po spacerze po mieście zahaczając o parlament udajemy się na nocleg.  
  

Przed nami ostatnie godziny pobytu na Wyspie Północnej. Wstajemy znowu wcześnie i ruszamy w stronę terminala, dzisiaj promem przedostajemy się na Wyspę Południową. W porcie już spory ruch, ustawiamy się i my w długiej kolejce samochodów. Nasz prom o godz. 8.25 odpływa do Picton. Z przeprawą wiążemy wielkie nadzieje, bo jak sporo rzeczy do tej pory zaliczany jest do najbardziej malowniczych na świecie. Ponieważ przed nami jeszcze sporo czasu, gramy w kości na chodniku, idziemy po kawkę. Pani z obsługi informuje o półgodzinnym opóźnieniu. Nie denerwuje się nikt wokół nas to i my zostajemy spokojni. Czas mija, nasze plany powoli ulegają zmianie. Zbliża się już prawie 10:00. Wybieram się z B. na kawę. Intuicyjnie w informacji pytam o przyczynę opóźnienie i dalsze plany. Pani nie ma dla nas dobrych wiadomości, na najbliższy prom o 10.25 nie ma już miejsc, a najprawdopodobniej prom zostanie odwołany, kolejny to dopiero 18:25 i to bez miejsc dla samochodów. Fatalnie. Kłamię jak z nut, robię z nas sierotki, które jeszcze dzisiaj mają samolot do Europy. Pani nam szczerze współczuje ale póki co nie widzi innego rozwiązania. Znajduję pana, ten kiwa ze zrozumieniem głową i wykonuje kilka telefonów prom. Proszę o upchanie nas na najbliższy  prom. A czas ucieka. I po cichu modlę się by nikt nie kazał mi przedłożyć naszych biletów lotniczych, bo spalę się ze wstydu, pan wraca z zaplecza z informacją, że starają się nam pomóc. Wysyła wraz ze mną pana, który ma obejrzeć z bliska kolejkę samochodów i zobaczyć jakie są szanse by nas z niej wyprowadzić. My mamy oczywiście swoje pomysły, ale okazuje się, że nie wszystko jest tu takie proste. Nie wychylamy się, inni patrzą na nas już podejrzliwie, ale póki co z miłym uśmiechem.

Pan ogląda nas z bliska i znika. Mieliśmy nadzieję przez chwilę, ale wraz z jego odejściem nasze nadzieje maleją. Siedzimy grzecznie w samochodach obserwując dalszy przebieg zdarzeń. Po kilku minutach przychodzi dwóch panów, i znowu to samo, oglądają nas, nasze autka i znikają. Potem ja łapię pana od kierowania ruchem, wie już o nas i potwierdza, że działają. Tylko gdzie, skoro my nie ruszyliśmy się ani metr dalej.
Pewnie brakuje już utraty wiary, i ku naszemu zaskoczeniu pojawia się pan numer cztery, który zaczyna przesuwać autka przed nami, za nami i za chwilę jedziemy już po chodniku. U nas za kierownicą B. która budzi podziw i uznanie innych kierowców przeciskając się wąskim chodnikiem dalej i dalej. Tu znowu niemałe zamieszanie, bo pan niezorientowany chce nas wyrzucić z kolejki, na szczęście wypatruję pana, który był już u nas i ten potwierdza, że jesteśmy grupą pędzącą na samolot i ładują nas na pokład promu zarezerwowany dla pociągów. Nieważne, udało się, płyniemy.
Przed nami trzy godziny rejsu. Pogoda bardzo ładna, a im bliżej Wyspy Południowej coraz ładniejsza.
Przed dziobem promu baraszkują w wodzie delfiny. Schodzimy na ląd i przed nami droga do Nelson.
Wybieramy trasę widokową, zatrzymujemy się w punktach widokowych i nasza pasja fotograficzna przybiera na sile. W jednym z przewodników znalazłam bardzo dobre opinie o restauracyjce słynącej z dań z owoców morza z naciskiem na hodowane tutaj małże zielonouste. Nie możemy pominąć tego miejsca. Oczywiście znowu zapominamy, że jest pora nijaka na jedzenie i knajpy są zamknięte, ale i na to znajdujemy rozwiązanie. Idziemy najpierw na zakupy, tankujemy auta a dopiero potem rozsiadamy się nad dymiącymi kociołkami z małżami i białym winem. Smakują wybornie, obsługuje nas pani z Chile – jest międzynarodowo. I smacznie.
Tuz przed zachodem słońca meldujemy się w naszym hotelu. Jest bardzo stylowo i pięknie. Czerwona cegła, kwiatki, światełka. Spacery po małej miejscowości, winko.
A i B wymieniały dzisiaj szereg przymiotników związanych z Nową Zelandią, było już nieziemsko, kosmicznie, bajkowo, zjawiskowo, genialnie. Przyznajemy, że pogoda zrobiła swoje i na powitanie Wyspa Południowa urzekła nas swoim pięknem. Oby tak dalej. Jutro kajaki.

Startujemy znowu dość wcześnie, bo na dzisiaj zafundowaliśmy sobie kajaki. Po raz pierwszy każdy z nas pływać będzie kajakami morskimi po oceanie. Miejsce wyjątkowe i jedna ze specjalności na nowozelandzkich. Tym razem Wyspa Południowa i Park Narodowy Abel Tasman. Dzieli nas około godziny drogi. Startujemy w trzy autka, Anioły zostają w hotelu. Mają sporo planów na dzisiaj, spacery, dobre jedzonko, odpoczynek.

Pogoda bardzo obiecująca, nadal trzymamy kciuki za słońce na trasie.
Docieramy na miejsce jako jedna z pierwszych grup. Pan przewodnik bierze się bardzo poważnie za nasze szkolenie. Najpierw stroje, potem omówienie sprzętu, pływanie na sucho, przymierzanie się do łódek, itp. Wreszcie gotowi do drogi jedziemy busikiem nad wodę. Tu dzielimy się na dwójki i ruszamy. Maciek H. jest bez pary, dostaje jedynkę.
W tę stronę idzie nam bardzo wprawnie. Fala mała, pogoda super, widoki rzeczywiście nieziemskie.
Zatrzymujemy się na plaży, zajadamy nasze drugie śniadanie. Smakuje tu dużo lepiej niż na lądzie. Woda nie jest zbyt ciepła, więc na kąpiele w oceanie się nie zanosi. Ale i tak kajaki to był bardzo dobry pomysł. Za nami dwie godziny wiosłowania, nie poddajemy się jednak i zmierzamy w stronę cypla, gdzie będziemy szukać fok. I są pływają nawet bardzo blisko naszych kajaków. Robimy kolejne dziesiątki zdjęć i płyniemy dalej. Dwa kajaki Aga i obu Maćków decydują się na rejs wokół wyspy. Dzisiaj odkrywamy nowy talent Maćka M. śpiewa cudnie. Jego głos niesie się fantastycznie ponad toń wody.
Droga powrotna nie idzie nam już tak gładko jak wcześniej. Bolą ręce, są pierwsze odciski i choć motywujemy się wzajemnie to droga się dłuży. Wreszcie przybijamy do brzegu i tak warto było.
Bardzo się nam podobało. Po kajakach czas na jedzonko i znowu tym razem szukamy czegoś dla wielbicieli piwa. Winnic już było kilka na trasie, a piwa póki co mało. Na trasie gdzie wokół nic i nikogo mała restauracja i mnóstwo piw, B próbuje ich wszystkich. Są ciemne i jasne, słodkie i gorzkie, my delektujemy sie lemoniadą i różową panterą o smaku malinowym.
A jeszcze na deser wreszcie po raz pierwszy oryginalna pavlowa z bezami i truskawkami. Nasze autko kusi się na wycieczkę najdalej na północ. Ma być latarnia morska, ale na miejscu okazuje się, że mamy zbyt mało czasu by do niej dotrzeć. Ale dla widoków i tak warto było tu dojechać. 

Dzisiaj żegnamy Nelson. W planach początkowo miał być długi przejazd wybrzeżem pod lodowce. Ale plany uległy zmianom i zdecydowaliśmy, że będąc tutaj nierozsądnie byłoby ominąć wieloryby. Pewien problem polega na odległości i zmianie naszego kierunku zwiedzania, ale stanęliśmy przed wyborem teraz albo nigdy. I dlatego ruszamy już przed 7.00 Przed nami około czterech godzin jazdy do wielorybów. Pogoda ładna to i jedzie się przyjemnie. Nadrabiamy czas i jesteśmy nawet sporo przed wyliczeniami naszych GPSów. I dobrze, bo mamy czas na drugie śniadanie.

Pani u wielorybów znajduje nas w swoich notatkach, kupujemy bilety i udajemy się na film o wielorybach. To oczywiście wstęp do prawdziwej przygody z ssakami.
Pakują nas do autobusu i przewożą do portu, a tu już cumuje wielki katamaran. Zajmujemy miejsca, proszą by siedzieć póki co w środku, to się nam mniej podoba, ale po chwili wiemy dlaczego tak zaplanowano nasz pobyt na morzu. Wypływamy nad bardzo głęboki kanion mający ponad 1000 metrów głębokości, to właśnie tutaj wieloryby czują się najlepiej i tu można je wypatrzeć, firma jest świetnie wyposażona, sonary, łodzie podwodne, łodzie zwiadowcze.
Pan przewodnik opowiada nam o zwyczajach z życia wielorybów, wreszcie pozwala wyjść na zewnątrz. Choroba morska blisko, kołysze, dookoła woda i fale. Jest, jest, jest! Z daleka widać małą fontannę wody przed nami. Włączamy silniki i pełną parą suniemy w stronę wieloryba. Towarzyszymy mu płynąc równoległe, słychać tylko klik klik aparatów. Wiemy z wcześniejszej pogadanki, że wieloryby te wynurzają się na ok. 10 minut by później ponownie niknąć w głębinach. Korzystamy z okazji. Jest na co popatrzeć. Nagle przewodnik zapowiada gotowość wieloryba do nurkowania, przygotować mamy aparaty na upragniony ogon, który lada chwila ma się pokazać nad powierzchnią wody. Skąd on to wszystko wie? I rzeczywiście ciało wieloryba wyłania się bardziej sponad toni by za chwilę zanurkować i wtedy pojawia się ogon jak na wszystkich zdjęciach wielorybów na świecie…
Przerwa, płyniemy jeszcze dalej w poszukiwaniu kolejnego wieloryba. Zagęszcza się na tyle katamaranu, gdzie zorganizowano kącik dla mniej wytrzymałych i dotkniętych chorobą… Nasi niektórzy już też są sino-bladzi, ale się dzielnie trzymamy.
Powtórka całej procedury, wychodzimy, wypatrujemy, czekamy na ogon, płyniemy dalej. Zerkamy na zegarki – pora wracać. Udało się nam bardzo bliska zobaczyć dwa piękne ssaki – było warto pokonać tyle kilometrów.
Ale to niestety nie koniec drogi na dzisiaj, teraz ten najdłuższy odcinek, do przejechania prawie 500 kilometrów. Oczywiście przy naszych przebiegach od początku trasy nie robi to wielkiego wrażenia, ale jechać trzeba. Trasa jak każda w Nowej Zelandii bardzo malownicza. Okresowo pada deszcz, potem znowu słońce i znowu deszcz. To jedyne urozmaicenie na trasie. Wymieniamy się za kierownicą. Im bliżej naszego miejsca noclegowego tym ładniejsza pogoda a tym samym widoki. Docieramy do przeciwległego wybrzeża, rozświetlona woda mieni się tuż przed zachodem słońca.
Przy hotelu czekają na nas Mariusz i jego ekipa, mieli problem z zakwaterowaniem. Podobno anulowano rezerwację. Wyjmuję wszystkie dokumenty, papierzyska i idę ja na próbę. Nic podobnego, pani z recepcji pominęła korespondencję właściciela ze mną i stąd problem. Po chwili wszystko się wyjaśnia, zamówione po

 

Gotowi do drogi zbieramy się na parkingu. Przepakowujemy się tylko do dwóch aut, bo Aniołowie mają ciut inny program niż my i zostają dłużej w hotelu. A my przeskakujemy zaledwie 20 kilometrów do miejscowości Fox bo na dzisiaj w planach wejście na lodowiec. Po doświadczeniach na Tongariro Crossing wiemy jak się przygotować i każdy z nas ubrany na cebulkę: kalesony, getry, spodnie na spodnie, t-shirty, bluzy, kurtki, płaszcze i nic to, że piękna pogoda na zewnątrz, my wiemy swoje na pewno na górze będzie zimno.

Docieramy na miejsce, meldujemy się w recepcji i idziemy do przebieralni. Tu spotyka się z nami nasz przewodnik Dan, Szkot z dużym doświadczeniem wspinaczkowym i ogląda najpierw nasze buty górskie. Żadne z nich nie zdają egzaminu oględzin i musimy wypożyczyć miejscowe lepiej przygotowane do raków, które będziemy musieli założyć podczas wejścia.
Jesteśmy gotowi, Dan pytany o pogodę na górze, uspakaja, że na pewno będzie ciepło. Okazuje się, że ostatnie trzy dni lało tu jak z cebra i mamy szczęście, bo dzisiaj słońce od samego rana. Jesteśmy gotowi, pakujemy się do autobusu i podjeżdżamy do miejsca gdzie zaczniemy nasz marsz. Chyba wszyscy przygotowani byliśmy na dużo więcej i na pewno bardziej forsownie. Dan natomiast zaopiekował się nami bardzo troskliwie, przespacerował z nami po trasie idąc bardzo wolno i rozważnie aż nam to tempo przeszkadzało…
Weszliśmy na lodowiec, każdy z nas był na nim po raz pierwszy, poznaliśmy z bliska rozpadliny, młynki, zobaczyliśmy strumienie z topiącego się lodu. Pochodziliśmy po lodzie i nabraliśmy dużego respektu do gór. Po około dwóch godzinach przyszła pora na powrót. Tym razem okazało się, że przedobrzyliśmy jeśli chodzi o strój i ilość warstw na sobie. Było bardzo ciepło i słonecznie, wymarzona pogoda na Tongariro Crossing… Za późno.
Czas na zasłużony lunch w miasteczku albo po drodze.
Jedziemy do stolicy sportów ekstremalnych Queenstown.
Część z nas delektuje się kawą już na miejscu, inni robią przystanki po drodze. I tak nie sposób pokonać całego odcinka drogi bez żadnych postojów. Po drodze jeziorka, łąki, pastwiska, kwitnące krzewy, morze, zatoczki, klify. Większość obrazków to kartki pocztowe jakie najczęściej kojarzą się nam z Nową Zelandią. Błogie widoczki i piękne bardzo malownicze krajobrazy. Przystajemy w punktach widokowych – robimy zdjęcia. Jest co podziwiać.
Docieramy do naszego apartamentowca jeszcze przed zachodem słońca. Mieszkamy nad samym jeziorem z bardzo ładnym widokiem na wodę. Kwaterujemy się, część z nas już dojechała, czekamy na ostatnie auto Rysia.
W międzyczasie postanawiamy wybrać się na zwiady do miasteczka, zaskakuje nas atmosferą, przypomina trochę Sopot trochę Zakopane. Dużo młodzieży, sklepiki z pamiątkami, bardzo malownicze nabrzeże z knajpkami i restauracjami. Ja jeszcze w Polsce w ostatnim numerze Travelera wyczytałam o rekomendowanej knajpce właśnie w Queenstown serwującej ekstremalnie duże burgery. Pytamy miejscowych z kartką z gazety w ręce o to miejsce, kiwają z przekonaniem głową dodając komentarz, że są najlepsze na świecie i maszerujemy. Knajpy nie sposób ominąć, sporo kolejka wychodzi aż na zewnątrz. Nie tylko młodzież. Wybieramy z bogatego menu cztery pozycje, rekomendowane małe jagnię z sosem miętowym, słodkiego jelonka z sosem śliwkowym i dwa tradycyjne burgery z wołowiną. Mamy numer 45, a podsłuchujemy że obecnie wydaje się zamówienie o numerze…10. Mamy co czekać. Zajmujemy miejsca przy tylko dwóch stolikach na zewnątrz i czekamy, a jednocześnie głodniejemy z minuty na minutę.
Wreszcie i my dostajemy nasze upragnione burgery, piękne, duże, zgodnie z zapowiedzią Travelera niczym dłoń Pudziana.
Pychota, postanawiamy powtórzyć wizytę tutaj jutro.
A teraz z zakupami wracamy do apartamentu.
Nadal brakuje nam Aniołów, Rysiów i Basi. Łapię ich telefonicznie, są już blisko miasta, prócz postojów widokowych znaleźli knajpkę po drodze, gdzie jedli najlepszą jagnięcinę a były też małże zielonouste. Spotykamy się już na miejscu.
Dobranoc,

Święto w Polsce a u nas dzień odpoczynku. Mamy cały dzień na wszelkie atrakcje i pomysły w Queenstown. Rano krótka odprawa, adresy, wymiana pomysłów i rozchodzimy się do realizacji swoich mini wycieczek.

Większość zaczyna od przejazdu do miasteczka. My też. Interesuje nas szybka motorówka odrzutowa, kupujemy bilety i od niej zaczynamy. Jest rzeczywiście warta wszelkich rekomendacji i dostarcza sporo adrenaliny. Do tego trasa przepływu wiedzie przez bardzo urokliwy kanion. Nasz przewoźnik Chris popisuje się bardzo zręcznymi manewrami i rzeczywiście stwarza powody do wielkiego zadowolenia.
Wracamy do miasta zastanawiając czy nie skorzystać z wycieczki raz jeszcze.
Pani w autobusie który wiezie nas do centrum zapytana o dobrą kawę pozbawia nas złudzeń, mówiąc, że w Nowej Zelandii nie ma dobrej kawy. Wysyła nas do Neapolu. Dobrze, że czasami mamy kontakt z tubylcami. Ale potwierdza też stanowczo, że wszystkich Polaków jakich spotkała byli mili i uśmiechnięci. Naprawdę?
Przerwa w mieście na kawę i miejscowe piwo. A. i B. oraz Maciej wybierają się gondolą na górę, skąd można popatrzeć na większość sportów ekstremalnych, są sanki, bungee jumping, swing, zip trek. Przed nami na górze byli już Mariusz z ekipą i też zjechali sankami na dół góry. Psuje się pogoda i widoczność, część z atrakcji ekstremalnych zostaje wstrzymana i czeka aż deszcz przestanie padać, na inne są kolejki nawet kilkugodzinne. Rzeczywiście Queenstown to nie lada gratka dla spragnionych emocji i mocnych wrażeń.
My po spacerze i kolejnym burgerze jedziemy do hotelu. A. funduje sobie masaż całego ciała, my jedziemy do Arrowstown, byłego miasteczka poszukiwaczy złota. Zachowana ładnie stara architektura, małomiasteczkowa atmosfera, piękne mini ogródeczki.
Wieczorem okazuje się, że trasy naszych dzisiejszych wycieczek krzyżowały się wielokrotnie. Zwiedzaliśmy bardzo podobne rzeczy i każdy skosztował burgera.

Po dniu odpoczynku wracamy do kieratu wczesnych pobudek i znowu zasadnie, bo goni nas umówiona godzina. Przewodniki po raz wtóry opisywały trasę do przebycia jako straszliwie trudną technicznie, bardzo kręta i górską. Przygotowaliśmy odpowiedni zapas czasu i ruszyliśmy do Milford Sound by popłynąć na rejs widokowy i zobaczyć najładniejszy fiord Nowej Zelandii. Już przywykliśmy do zwrotu najpiękniejszy, najlepszy, najcudowniejszy – tu innych atrakcji po prostu nie ma. Najpierw w niedzielny poranek drogi puste i to całkowicie, dopiero na wspomnianej trasie widokowej pojawiają się samochody a nawet autobusy. Zorganizowane wycieczki z Quuenstown, które zwożą turystów na taki sam rejs. Docieramy bardzo przed czasem, mimo, że fundujemy sobie po drodze nawet kilka przystanków. Najbardziej bawi nas spotkanie z tutejszymi papugami kea, zastają nas na jednym z postojów, mają bardzo mocne dzioby i na pewno przeszły już wielokrotnie szkolenie co należy wydziobać z samochodów. Dopóki maja bułkę – prezent od jednego z turystów zajęte są rozdziobywaniem jej na pył, ale jak tylko bułki zabrakło przefrunęły pokazując swój piękny pomarańczowy spód skrzydeł na dach naszego samochodu. I tu znalazły swój rarytas czyli gumę, w mgnieniu oka zaczęły dziobać nasze uszczelki a przyglądały się także bacznie gumie na wycieraczkach. Musieliśmy je pogonić czym zajęli się B. i Maciej ale te uparcie wracały do naszych uszczelek. Zamknęliśmy drzwi i na chwile ostudziliśmy zapał papug. Ale przyjechali kolejni. Tu też spotkaliśmy się wszyscy i ruszyliśmy przed tunel wydrążony w skale.

Dotarliśmy na tyle wcześnie, że zdążyliśmy zafundować sobie kawę.
Rejs w samą porę, stateczek zgrabny, niezbyt duży dzięki temu mieliśmy dobre miejsca do zdjęć. Szczęście nasze to pogoda, wyjeżdżając z Queenstown nikt nie miał nadziei nawet na pojedynczy promyk słońca, ale minęliśmy magiczną granicę i nagle się rozpogodziło i zmienił się cały krajobraz. I teraz także mamy błękitne niebo,  piękną gładką toń wody i śliczne góry, a na szczytach śnieg.
Robimy zdjęcia, zajmujemy pozycje na górze pokładu i na dole. Wietrznie. W drodze powrotnej kapitan podpływa bardzo blisko wodospadu i mimo ostrzeżeń, że będzie mokro nikt nie rusza się z miejsc i za chwilę kolejni bohaterowie schodzą caluścy zmoczeni przez wodospad. A nie mówił pan kapitan?
Po rejsie rozjeżdżamy się na trzy auta do Invercargill. To dla nas najbardziej na południe położony nocleg na trasie. Docieramy powoli do końca trasy na Wyspie Południowej. Po drodze oczywiście przystanki zdjęciowe i rekreacyjne. Jemy obiadek. Mariusze gotują dziś smaczny ryż z jabłkami ale już na miejscu. Mamy w planach kalambury związane z Nową Zelandią, ale plan pada, za to są karty i kości, a kalambury w bardzo zawężonym gronie.
I kiedy już mi się wydawało, że kolejny dzień za nami, znalazł mnie Anioł z wiadomością, że zamierzali iść spać, bo i pora do spania a tu mokre łóżko. Musiałam wyrwać ze snu właściciela naszego hotelu. Nie był pocieszony i z wielkim niedowierzaniem maszerował z nami na oględziny nie mogąc znaleźć przyczyny naszej skargi. Hanka wprowadziła nas na górę i pokazała mokrą plamę w łóżku, prócz prześcieradła, cały materac i kolejne warstwy. Wygląda na kota ale mniej śmierdzi albo dziecko, i nieuważnie zmieniona pościel po poprzednich gościach. Pan wił się dwoił i troił przepraszając za sytuację. Od razu zaproponował inny pokój, dodał od siebie śniadanie dla Aniołów gratis. Skończyło się, że mieli na tę noc dwa dwupoziomowe pokoje.
 

Dzisiaj przed nami trasa widokowa. Catlins słynie z pasterskich klimatów i ogromnej ilości owiec. Zaopatrujemy się w mapy okolicy i ruszamy, niby każdy oddzielnie ale i tak spotykamy się na trasie wielokrotnie. Po drodze bardzo ładne małe przylądki wychodzące w morze, najdalej na południe wysunięty cypel, latarnie morskie, całe stada owiec na łąkach. Przystajemy nawet przy przedszkolu, gdzie są same małe owieczki. Potem znajdujemy włochate bydło. Mamy agroturystykę. Pogoda idealna do zdjęć, słońce w pełni.

Docieramy na miejsce, dziś nocleg w Dunedin. Nie spodziewaliśmy się, że miasto może się nam tak spodobać. Piękna architektura, wreszcie ludzie na ulicach, otwarte bary i kawiarnie.
Robimy zdjęcia w centrum, mieszkamy tuż obok, fundujemy sobie kawę, ciasto marchewkowe, sushi, piwo z tutejszego browaru a wieczorem gnamy kolejne 100 kilometrów. W małej miejscowości pingwiny i to bardzo rzadkie bo błękitne i żółtookie przekraczają kawał lądu by po wyjściu z wody schować się w swoich norkach. Na żółte docieramy zbyt późno, bo widzimy je już po drugiej stronie, gdzie stoją wtulone w kępki zielonej trawy. Ale w samą porę docieramy na pingwinki błękitne. Tu jest to zorganizowane podglądanie całej kolonii. Mają tu około 200 sztuk, nam udaje się zobaczyć pierwszą grupę około 30 ptaków, część z nich wraz z pierwszą wielką falą ląduje na brzegu pośród kamieni i skrobie się zawzięcie coraz wyżej i wyżej, inne są spłukiwane do wody, jeszcze inne przycupnęły za kamieniem czekając na swoich partnerów, którym nie udało się wygrzebać na ląd od razu.
Poddajemy się jednak po pierwszej kolonii, mimo zapewnień pani, że mamy poczekać bo będzie więcej wiemy na czym ta wędrówka polega i nie mamy ochoty marznąć, a wiatr coraz bardziej przenikliwy. Przed 23 jesteśmy na miejscu.
Plany na jutro i odpoczynek.
To nasz przedostatni nocleg w Nowej Zelandii. Jutro przejazd do Christchurch i pojutrze odlot do Sydney.

Przed nami ostatni dzień w Nowej Zelandii. Ruszamy o różnych porach bo mamy różne plany. Część z nas udaje się bezpośrednio do Christchurch, inni postanawiają zrobić kilka przystanków na zdjęcia i pyszne jedzonko po drodze. My ruszamy jako ostatni, dzielimy się wolnym czasem, ja trochę pracuję korzystając z dobrego Internetu a A. i B. oraz Maciej zwiedzają miasteczko i szukają nadal małych pamiątek z Nowej Zelandii. Wspólnie zanim opuścimy Dunedin jedziemy w poszukiwaniu najbardziej stromej ulicy na świecie. Brawurowo wjeżdżamy na sam jej szczyt a potem oczywiście ku uciesze maszerującej tam akurat grupy japońskiej zjeżdżamy. Jak się okaże ten śmiały pomysł nie tylko nam przyszedł do głowy, wcześniej tak jak i my wjechał Maciek i Rysio. Czyli cała grupa była na samym szczycie, choć podobno potrzebne są do tego specjalne pozwolenia.

Na dobre spotykamy się już w kolejnym hotelu w Christchurch gdzie mamy ostatni nocleg. Czyli zielona noc w Nowej Zelandii. Już zgodnie z tradycją pierwszą rzeczą, którą robimy jest pranie. To wielka wygoda, w większości naszych apartamentów na trasie każdy z nas ma swoją prywatną pralkę, a jeśli mamy hotel to pralnia do naszej dyspozycji. A. i Zosia lubią prasować, i często widać je z żelazkiem. Jesteśmy trzy tygodnie w podróży i stale w walizce czyste rzeczy.
Wybieramy się grupkami na spacer po mieście. Każdy z nas słyszał o trzęsieniu ziemi w Christchurch, nawet nasze media poświęciły temu kataklizmowi sporo miejsca. Jednak nikt z nas nie spodziewał się, że mimo upływu tak długiego czasu, to już prawie dziewięć miesięcy nieszczęście to jest tak bardzo widoczne. Całe centrum otoczone jest kordonem policji, która nie wpuszcza do środka nikogo, drogi pozamykane, wytyczone objazdy, całe centrum miasta świeci pustkami. W oknach hoteli powiewają firanki, nikt tam nie mieszka.
Wszędzie pusto i smutno, opustoszałe domy, przedszkola, zawalony dach katedry, pozdejmowane klimatyzatory, powywracane meble, wszystko nas przygnębia. Nie tylko nas wieczorem spotykamy pozostałych „naszych” i wszyscy mają takie same przemyślenia. To wprawdzie ostatnie miasto już na naszej trasie ale jednocześnie mocny akcent na sam koniec.
Na smutno kończymy zwiedzanie Nowej Zelandii. Kolacja trochę oddala nas myślami od miasta i trzęsienia ziemi. My u Hindusa, Rysio i Dziewczyny u Taja, a u Mariusza aż zza drzwi pomidorowy zapach kolejnych pyszności przygotowywanych pod bacznym okiem Maćka przez Mario i Agę.

Poranny kurs na lotnisko, jako pierwszy odlatuje Maciek H. Niestety dla Niego to już koniec wakacji, jeszcze tylko 36 godzin i będzie w Poznaniu. Odprawa na lotnisku bardzo sprawna. My powtarzamy to samo kilka godzin później, nasza podróż zdecydowania krótsza, bo tylko trzy i pół godziny i do Sydney.

Musimy najpierw zdać nasze samochody i przesiąść się na samolot. W wypożyczalni bez najmniejszych problemów. Jesteśmy gotowi do startu. Lot w sumie krótki, ale udaje się nam nadgonić lektury, przymknąć oko. Jesteśmy w Sydney na plusie o dwie godziny, mała zmiana czasu, teraz dzieli nas tylko 10 godzin względem czasu polskiego. Sydney wita nas upałem i pięknym słońcem, na parkingu gdzie bierzemy nasze samochody wprawdzie wietrznie, ale tylko tam.  
Tym razem przesiadamy się do trzech wielkich, nowych i przestrzennych Kia. Ruch tu nieziemski, tym bardziej, że wpakowaliśmy się w wielkie korki bo wszyscy kończą pracę.
Nie jest to już pusta i wyludniona Nowa Zelandia, tu też inna technika jazdy, trabią, poganiają, nie za bardzo chcą wpuszczać na inny pas. Nie mają łatwo nasi kierowcy. B., Rysio i Maciek dzielą sobie bardzo dzielnie. Ale trzeba uważać, ruch jest naprawdę imponujący. Nocujemy w dzielnicy czerwonych latarni King Cross. Podobno to właśnie tutaj jest najbezpieczniej, bo wszędzie pełno policji. Nie oglądamy się zbytnio dookoła skupieni na drodze i naszym hotelu ale rzeczywiście pusto na chodnikach nie jest. Zadanie na teraz to wypakowanie bagaży, a potem zaparkowanie naszych samochodów. Mamy parking obok hotelu. Odstawiamy auta.
Zajmujemy pokoje i postanawiamy jeszcze wyruszyć do miasta. Nie zważamy na zmianę czasu i zmęczenie, Sydney nocą marzyło się nam od dawna.
Grupa warszawska tez zamierza zrealizować swoje marzenie. Jeszcze przed wyjazdem mieli plan zdobycia kolejnej z siedmiu szczytów korony ziemi. Tym razem to Góra Kościuszki. Jest już późno i trochę nerwowo, ale nie zamierzają się poddać będąc tak blisko. My trzymamy mocno kciuki, choć pomysł szalony, a oni ruszają. Czekamy na kolejne wieści.
My za to rozszyfrujemy jak działa tutaj metro i jedziemy nawet z jedną przesiadką do miasta. Celem oczywiście Opera w Sydney. Idzie nam sprawnie i po kilkunastu minutach jesteśmy na miejscu. Widok na który czekaliśmy, zatoka, opera, most. Wszystko jak do tej pory na filmach albo w przewodnikach. Sesja zdjęciowa, spacer pod gmach opery. Cudo.
Postanawiamy wrócić tu jutro by spróbować szczęścia z biletami na spektakl w operze. Pomysł szalony ale czemu nie?

Postanawiamy wybrać się do miasta ok. 9. Niebo lekko zachmurzone, ale jest ciepło. Nawet nie chce się nam myśleć co to będzie po powrocie. Dostajemy smsa od Agi Ch. Są na miejscu, po nocnym safari z kangurami za chwilę zaczynają wspinaczkę na szczyt. Chuchamy na szczęście. A my decydujemy się po wspólnym śniadaniu na przejażdżkę autobusem turystycznym po mieście. Mamy aż kilkadziesiąt przystanków i całą dobę by wszystko dobrze sobie obejrzeć. Postanawiamy przejechać większość trasy by zobaczyć jak najwięcej miasta i wysiadamy przy zatoce a stąd pieszo do opery. Okazuje się, że o 13.30 grają dzisiaj Wesołą Wdówkę i są jeszcze bilety. Nie będziemy siedzieć wprawdzie wszyscy obok siebie, ale nie o to chodziło. Podekscytowani myślą o balecie w operze idziemy jeszcze na rejs widokowy. Mamy operę na wyciagnięcie ręki z każdej strony, potem widok na most i na wieżowce.

Nawet lekko pochmurne niebo nam nie przeszkadza.
Przed spektaklem zamierzamy jeszcze coś przekąsić, bo pani zapowiedziała nam ucztę baletową przez najbliższe 3 godziny. Wpadamy w ostatniej chwili do restauracji przy samej operze, prosimy o najszybsze dania, pada wybór na różnorakie pizze i sałatki. Czekamy przebierając nogami. Pojawia się pierwsza porcja, jemy wspólnie, to samo robimy z drugą i trzecią. Przegryzając ostatni kęs pizzy gnamy do wejścia. Mamy różne drzwi, wchodzimy na widownię naprawdę w ostatniej chwili. Tylko siadamy w krzesłach i na dobre gaśnie światło a orkiestra zaczyna grać. Uff ale szczęście.
Balet cudny. Tyle gracji i wdzięku, sala wypełniona po brzegi mimo wczesnej pory, my ubrani do opery od pasa w górę. I dobrze, tyle widać, reszta bardzo turystyczna, ten cały miks naprawdę napawa nas wielką radością. Po balecie zgodnie wymieniamy spostrzeżenia i wszyscy jesteśmy bardzo zadowoleni. Teraz czas na kawę na promenadzie. Tu trochę broimy najpierw ze zmianą miejsc, ale nikt nie chce by mu kapało na głowę, a potem z zamówieniem, nie dostajemy wszystkiego co zamówiliśmy, za to rachunek przeciwnie zawiera wszystkie pozycje a nawet kilka dodatkowych. Radzimy sobie i z tym.
Wracamy już w korkach do hotelu. Tu kolacje z całego świata a potem narada w jednym z pokoi. Narada przeradza się w babski wieczór. Zanim jednak zostaniemy same wraca Warszawa. Mamy czwórkę dzielnych zdobywców szczytu Góry Kościuszki.
Hura!!!! Gratulujemy.
Są zmęczeni ale opowiadają nam o swojej przygodzie. Mieli do pokonania aż 490 kilometrów samochodem. Najpierw utknęli w Sydney próbując z niego wyjechać. Potem na przemian jechali Aga i Maciek. Aga przestraszyła się nie na żarty, kiedy przed jej maską pojawił się wielki kangur. Tym samym potwierdzamy, że kangury są w Australii. Niestety wiele z nich leży martwych na poboczach przejechanych właśnie najczęściej nocą kiedy pojawiają się niespodziewanie na trasie przejazdu pojedynczych samochodów.
Pogoda znowu nie dopisała, bo lało już od stolicy i podczas wejścia także. Udało się wprawdzie wypożyczyć spodnie przeciwdeszczowe ale i te wreszcie przemokły.
Widoczność prawie żadna, zimno i mokro ale szczyt zdobyty.
A potem żmudne kilometry do pokonania w drodze powrotnej. Ale i tak nie spodziewaliśmy się ich tak szybko. Ledwo wybiła 22 a już mamy znowu całą grupę w komplecie.

Czas na kolejny dzień w Sydney. Dzisiaj grupa warszawska nadrabia zwiedzanie miasta, reszta wybiera się w Góry Błękitne, a ja łączę miasto ze spotkaniami służbowymi. Niestety dzisiaj na błękitne niebo nie ma co liczyć, pada, ale nadal jest bardzo ciepło. Warszawa rusza szlakiem najważniejszych miejsc w mieście. Ja wybieram metro i zaczynam od targu rybnego, to z polecenia Oli i Wacka, którzy zachwalali szeroki wybór krewetek, langust, homarów, krabów. Wszystko się zgadza. Na miejscu tłok, dominują Azjaci ale i dla mnie znajduje się miejsce w najbardziej obleganym barze, który serwuje wymyślne dania z ryb i owoców morza. Jest na co popatrzeć i co przekąsić. A pora jak na wczesny lunch przystało. Potem spacer po nabrzeżu, wizyta w akwarium i parku z dzikimi zwierzakami. W tym samym czasie przychodzi sms od grupy z trasy w Góry Błękitne, zarzucają pomysł dotarcia aż tak daleko. Skupili się na oglądaniu koala i innych australijskich stworów w jednym z parków tuż za miastem, a góry muszą poczekać. Czas przejazdu i odległość i prawie południe skutecznie zniechęciły do wyjazdu. Za to zagospodarowują na szybko popołudnie w mieście. Wystawa obrazów Picasso w Muzeum Narodowym, akwarium, spacer po nabrzeżu.

I tak w podgrupach mija kolejny dzień w Sydney. Teraz dość szybko rozchodzimy się po pokojach, bo jutro przelot do Ayers Rock i dość wczesna pobudka.
A jeżdżenie po Sydney nikogo z nas jakoś jeszcze nie oswoiło. Kilka pasów naraz, wąskie drogi, bardzo duży ruch, nerwowi kierowcy…

A dzisiaj jak na złość niebieskie niebo nad miastem. To niesprawiedliwe… Zbieramy się przed hotelem, nasi kierowcy odbierają auta z parkingu i podjeżdżają pod samo wejście byśmy mogli się zapakować. Maciek rusza pierwszy, potem B. i Rysio. Jedziemy na lotnisko, nie jest daleko ale najpierw trzeba wyjechać na autostradę prowadzącą na lotnisko. A do tego szukamy jeszcze stacji benzynowej, bo musimy się dotankować. Niestety przy autostradzie nie ma żadnej stacji. Dlatego tuż przed samym wjazdem do konkretnych terminali zawracamy i znajdujemy stację. Potem powrót do wypożyczalni. Tu zdajemy autka, oględziny, i ruszamy na płytę do hali odlotów.

W planach przelot z Sydney do Ayers Rock, kolejne trzy i pół godziny w powietrzu i znowu zmiana czasu, teraz o półtorej godziny cofamy nasze zegarki. Chyba już nikt nie wie która jest teraz w Polsce.
Ale najpierw musimy się dostać do samolotu, tu samoobsługowe kioski do odprawy, nadajemy bagaże i kontrola bagażu podręcznego. Jest jeszcze chwila do odlotu szukamy śniadania.
Lot mija szybko. Nad samym Ayers Rock kto siedział przy oknie po lewej stronie miał widok na Uluru. Pięknie prezentuje się z góry.
Po raz kolejni jesteśmy zachwyceni jak szybko bagaże trafiają na taśmy. Czasem mamy wrażenie, że jesteśmy dużo później niż nasze bagaże.
Kolejna wypożyczalnia i kolejne autka. Tym razem jedna Kia i dwa duże Hiundaye. Od razu ruszamy do naszego hotelu. Żarty się skończyły, temperatura wzrosła o dobre 25 stopni w porównaniu z Sydney. Już przy wyjściu z samolotu poczuliśmy gorący podmuch rozgrzanego powietrza. Dookoła pojedyncze eukaliptusy i dęby pustynne, czerwona ziemia i bezkres. Tylko Uluru dumnie i majestatycznie króluje nad całą okolicą, jest widoczne z każdego miejsca, podobnie jak Olgas – inny niegdyś podobno jeszcze większy niż Uluru monolit.
Jest bardzo gorąco, dlatego rozpracowujemy mapy okolicy i najpierw mała przerwa, lunch i kawa. Potem rozjeżdżamy się w ramach samochodów. Auto Rysia wybiera dzisiaj zachód słońca w Olgas, i tam po drodze kilka przystanków, spacer do wąwozu.
My i Mariusze decydujemy się na start od Uluru. Już w drodze do góry mnóstwo przystanków na zdjęcia. Skała jest wielka, czekamy na zachód słońca. Niestety dzisiaj nie tylko my będziemy zawiedzeni. Zachód jest i to bardzo punktualny ale za chmurami, skała nie ma się jak rozżarzyć.
Siedzimy jednak wytrwale do końca w oczekiwaniu, że jakiś promyk słonka prześlizgnie się przez gęstą zasłonę chmur i go rozświetli. Na próżno.
 

Drugi i ostatni zarazem dzień w Uluru. Oczywiście czasu szkoda i dlatego budzimy się bardzo wcześnie. Cel to wschód słońca. Nasze żeńskie auto rusza jako pierwsze, ponieważ wczoraj był zachód przy Uluru to na dzisiaj zaplanowałyśmy Olgas na wschód. Przy wjeździe do parku kolejka, sprawdzają bilety, a idzie im to w iście aborygeńskim stylu – czyli bardzo powoli. Postanawiamy wedrzeć się na pas szybki dla autobusów. Przykładamy nasze bilety do szyby i już nas nie ma, pani nie zdążyła nas odmachnąć na koniec kolejki. Przecież wschód nie poczeka. Gnamy przed siebie. Dojeżdżamy na miejsce o czasie, ale jakoś wschód nie rokuje. Za to przepiękna łuna tworzy się nad Uluru, szybka decyzja, zerkamy na zegarek jeśli przyspieszymy to zdążymy. Teraz wykropkujemy informacje jak szybko dojechałyśmy na miejsce.

Ważne, że minutę przed oficjalnym wschodem słońca byłyśmy na miejscu. Tu już wcześniej dotarli Mariusz i ekipa, a chwile po nas na parking wjechał samochód Rysia. I to była bardzo dobra decyzja, bo Uluru o wschodzie prezentowało się pięknie, do tego rzadki widok bo przed nami ukazała się przepiękna i w całości rozpięta nad skałą tęcza.
Łapaliśmy słońce nauczeni przykładem z wczoraj, że jak tylko schowa się za chmury widoku już nie będzie.
Teraz rozjechaliśmy się do zajęć w podgrupach, przed nami Olgas, inni realizują wycieczki wokół Uluru, są jeszcze wąwozy i inne atrakcje. Spotkamy się dopiero na lotnisku przed odlotem naszego samolotu do Cairns.
Najkrótszy lot przed nami z wszystkich czterech wewnętrznych. Jesteśmy już zaprzyjaźnieni z liniami australijskimi.
Lądujemy w Cairns o 18.25. Powoli zaczynamy zupełnie gubić się z czasem i różnicą względem Polski. Teraz na dodatek zmiana to tylko 1,5 godziny. Ratują nas A. i B., które żyją według czasu polskiego.
Odbieramy nasze autka z wypożyczalni, znowu duże Kia i jedziemy do hotelu. Tu mamy szczęście, bo akurat na zmianie jest Jagoda – Polka, która od sześciu lat mieszka i pracuje w Cairns, a jest oczywiście nam bardzo sprzyjająca i dostajemy zniżki na śniadania, informacje co i gdzie warto zobaczyć, dokąd się wybrać.
Odprawa w naszym pokoju. Pomysły są dwa, widokowa trasa w pobliskich górach i przejazd zabytkową Ciuchcią oraz zjazd gondolą i nurkowanie na rafie koralowej. To większy problem, bo mamy nurkujących i pływających z rurką, jest sobotni wieczór i ciężko jeszcze coś zarezerwować, ale dzielimy się na grupy i ruszamy do miasta.
Każdy ma podjąć decyzję co robi i dać znać. W Cairns tętni życie, sporo młodzieży, nasz hotel nad samą wodą, deptak zapełniony ludźmi. Dobranoc.
 

Pierwszy rusza Rysio, który przejedzie aż do Port Douglas w poszukiwaniu łodzi, która zabierze Go na nurkowanie głębinowe.

Potem zbiórka w recepcji tych, którzy wybrali kolejkę i miejscowość Kuranda. Niestety pogoda nie napawa jakimiś wielkimi nadziejami, bo za oknem mglisto, a szczyty gór ukryte całkiem w mleku. Taka właśnie pogoda zniechęciła ostatecznie Dziewczyny do plażowania…
Warszawa obudziła się ciut później i wybrała jednak plaże wokół Cairns.
Czyli mamy trzy różne grupy i trzy różne programy. W ten sposób zobaczymy i sprawdzimy wszystko, a przed nami jutro kolejny dzień na leniuchowanie w Cairns.
Już w drodze do stacji kolejowej pogoda zaczyna się zmieniać, ciemno i zachmurzone niebo się rozjaśnia i niebieścieje. Robi się coraz bardziej gorąco, o ile jest to jeszcze możliwe.
Zajmujemy miejsca w zabytkowym wagoniku kolejki. Widoki podczas przejażdżki, rzeczywiście bardzo widowiskowe. Zjazd kolejką górską równie okazały.

Na miejscu chwila na odpoczynek a wieczorem A. i B. zarządziły wieczorek pożegnalny. I tak do północy biesiadujemy w pokoju wspominając Nową Zelandię przypominając sobie największe atrakcje, najładniejsze miejsca i hotele. Sporo tego było, jest co opowiadać. Ustalamy także nasze spotkanie powycieczkowe. Pada na Wrocław ale to już w 2012 roku. Rysio zadowolony ze swojego wyjazdu na rafę ostatecznie rozwiewa nasze wątpliwości czy warto czy nie, i podejmujemy decyzję o wycieczce katamaranem jutro. Zosia, Basia i Rysio wybierają opcje plażowanie i tak rozchodzimy się do pokoi.

A teraz powinien nastąpić najdłuższy opis z możliwych naszej podróży powrotnej. To nie było łatwe. Najpierw lot z Cairns do Brisbane. Tu tylko godzinny postój i powrót na pokład tego samego samolotu. Oczywiście nawet podczas pierwszego krótkiego lotu załapaliśmy się na drugie śniadanie, co ważne w menu makaron z sosem sojowym.

Zdążyliśmy wsiąść na pokład i już poczęstunek, oczywiście w menu po raz kolejny makaron z sosem sojowym, to miał być obiad. Potem były jeszcze lody, kanapki, winko, i znowu posiłek i po raz trzeci dzisiaj makaron z sosem sojowym. W końcu przestaliśmy kontrolować czy to jeszcze obiad, czy może już kolacja, a może jednak znowu śniadanie. Ruszaliśmy mając z Polską dziewięć godzin różnicy, Hongkong to sześć, potem jeszcze sześć, w sumie lecimy lecimy i lecimy, a czas jakby stał w miejscy. Każdy z nas ma inną godzinę na swoich zegarkach, jedni jeszcze australijski, ja chiński, część już Polski. Wszystkie są przerażające.
W Hongkongu trzy godziny przerwy w sam raz by pochodzić, rozprostować nogi i chwilę odsapnąć. Podsypiamy w oczekiwaniu na kolejny lot.
Dla nas przedostatni. Zajmujemy miejsca i znowu wszystko od początku. To samo menu i po raz wtóry makaron z sosem sojowym, oczywiście to nie jedyna opcja, ale warto nadmienić, że jest w ofercie wyboru.
Przeglądamy listę filmów, słuchamy muzyki, robimy co tylko możliwe by czas mijał jak najszybciej. Oczywiście załoga nie próżnuje i stale nam podtyka coś do jedzenia.
Ostatnie godziny mijają jak na złość bardzo powoli.
Wreszcie orzeźwiający komunikat, że za chwilę lądujemy we Frankfurcie, że temperatura to minus dwa stopnie – brrr, a jeszcze wczoraj w Cairns było 38! I jak tu ciemno i pochmurno.
Zapada decyzja: wracamy!
Tu musimy się pożegnać, dzielimy się na kilka lotów. Najpierw najwcześniej odlatuje Warszawa, potem Poznań, Gdańsk i Wrocław.
Zaginęła tylko jedna walizka – trwają poszukiwania. Poza tym wszyscy cali i szczęśliwi.
Czas na odespanie różnicy czasu i przejrzenie kilku tysięcy zdjęć.
 

Po prawie miesięcznej wyprawie przyszedl czas na podsumowanie. Każdy z nas wyjeżdżał do Nowej Zelandii i Australii realizując swoje marzenie o dalekiej wyprawie, o niesamowitych widokach, wspaniałej przyrodzie, unikatowych atrakcjach sportowych...

Czy znaleźliśmy to wszystko na miejscu?  Nowa Zelandia przyzwyczaiła nas do niesamowitych widoków i zaskakujących pejzaży, i nieprawdą jest, że zdjęcia w przewodnikach są kolorowane czy sklejane. Wszystkie te cuda natrury widzieliśmy na żywo. Począwszy od wspaniałych zielonych pagórków i wspaniałych dolin aż po kolorowe jeziorka, wodospady, rwące rzeki, wielki drzewa, magiczne drzewiaste paprocie. Ukwieciliśmy sobie tę wizytę podróżując w wiosną w pełni. Feeria kolorów i różnorodność kwiatów na obu wyspach dodawały tylko uroku. Z pogodą bywało jak to wiosną, więcej słońca, ale kilka razy zdarzył się nam też deszcz, nigdy nie pokrzyżował on nam planów w zwiedzaniu. Nie mówimy tu o naszym najbardziej szalonym pomyśle czyli trekkingu po Tongaririo Crossing, gdzie zaskoczyło nas wszystko.

I choć podczas pobytu tam często padały określenia Nowa Zelandia to wielka wioska, im dalej od naszego powrotu tym częściej wioska zamienia się w naszych ustach na podróż życia.

Australia przywitała nas zatłoczonym i nerwowym Sydney, metropolia, kolorowe miasto, spiętrzenie wszystkiego co australijskie, po wyciszonej Nowej Zelandii to swoisty szok. Ale nie czekaliśmy zbyt długo na zmianę bo Uluru to juz głusza zupełna a Cairns z błękitem wody i rafą było bardzo udanym zwieńczeniem całego pobytu na Antypodach.

Ale tak długa wyprawa to przedze wszystkim grupa a u nas było aż 13 różnistych osobowości. Poznaliśmy się lepiej ale i ujawniliśmy wiele różnych talentów i wielokrotnie duże poczucie humoru.

- Hanka została naszym bohaterem od przełamywania lęku w wodzie, najpierw dzielnie uczestniczyła w raftingu podziemnym, skacząc do wody na dętkach, a ostatniego dnia wybrała się z nami na rafę koralową, gdzie z maską i rurką podglądała cały podwodny świat, na co dzień Hanka nie pływa i za wodą aż tak bardzo nie przepada - BRAWO!

- Marek nazywany zgodnie ze swoim nazwiskiem Aniołem, otaczał nas na co dzień swymi szerokimi „skrzydłami”, ogromne poczucie humoru i zawsze dobry nastrój, był nie lada wyzwaniem przy każdym kombinezonie lub skafandrze w który nas wciskano na trasie,
- Aga Ch., po Kilimandżaro stale szukała nowych wyzwań na trasie, znalazła Tongariro Crossing, potem Góra Kościuszki, cierpliwa i wytrwała, spędziła miesiąc na pokładzie z trzema mężczyznami – Brawo!  
- Mariusz M., nasz detalista i spec od szczegółów, kapitan w swoim aucie, twórca hasła wyprawy: koordynaty, czyli dane podawane codziennie rano do naszych GPSów, by spotkać się wieczorem w tym samym miejscu, najbardziej wytrwały kamerzysta,
- Maciek M., genialny kucharz, świetnie pichci i równie dobrze o jedzeniu opowiada, wielki talent muzyczny, zdradził się podczas pływania kajakami po zatoce w parku Abel Tasman, kierowca z największym przebiegiem na trasie, prawie samodzielnie pokonał cała trasę, czyli ok. 6000 km w ruchu lewostronnym, idealna mieszanka Marianki i Mariusza,
- Mariusz P., spec od zadań technicznych, pokładowa apteka, zrobił największą ilość zdjęć i to bardzo dobrych zdjęć, obok Hanki drugi Bohater wodny, rafting pod ziemią, potem tradycyjny, kajaki, katamaran, rejsy i na koniec rafa koralowa, świetny łazik,
- A. – nas Hołowczyc, jeździ bardzo szybko i zawsze ściga się z czasem wskazanym przez GPSa, zakochana w koniach i w swoim psiaku, wzdycha przy każdej owieczce i koali, maniaczka gry w kości, kumpel do jedzenia sushi, uśmiech i humor od rana do nocy i pewnie przez sen, niebywały kompan w podróży,
- Rysio – drugi w kolejce kierowca na trasie, jako jedyny wybrał się na oglądanie rafy z głębin, przez kierowanie ominęło Go sporo winnic, ale nie zabrakło innych atrakcji, na wycieczce w towarzystwie dwóch dam, dzielnie dotrzymywał Im kroku w najbardziej szalonych pomysłach,
- Basia, „cicha woda” smakosz win nowozelandzkich a potem i australijskich, Mistrzyni spływu na dętkach, zorganizowana i zawsze przygotowana, pierwszy wyjadacz wszelkich pomysłów na zwiedzanie,
- Zosia autorka kolorowych chusteczek, To jej pomysł na Nowa Zelandię i Australię zgromadził nas w jednej grupie, miłośniczka dobrej kuchni i dobrych win, po raz kolejny złamała złożoną wcześniej przysięgę o niewspinaniu się na kolejne szczyty,
- B. zdecydowany kierowca, główny operator naszej Maorysi pokładowej czyli lokalnego GPSa, nikt nie serwuje takiej kawy do łóżka i takich kanapek, zamiast lokalnego wina wybrała lokalne piwo, na wycieczce na wiecznej diecie, wielbicielka jelonków i sarenek, foce udało się Ją przestraszyć, nam nie,  prawdziwa ryba w wodzie, tylko z Nią konie kraść  
 - Maciek H, Mąż Szefowej – od razu na straconej pozycji, opętany wielbiciel dużych biustów, „wycieczkowy odkurzacz” wyjadał resztki z zaprzyjaźnionych talerzy, kompan do gry w karty i kości, stale poszukujący adrenaliny i dzikich wyzwań, początkujący operator kamery, wieczny optymista,
- Szefowa – słów brak.