Jako że wczorajszy dzień był bardzo wyczerpujący, postanowiliśmy wspólnie zawęzić nasz dzisiejszy program i zrezygnowaliśmy z wizyty w grupie Rolus. Zaczęliśmy dzień od wizyty w Srai Srang na wschodzie słońca. Miejsce przepiękne. Dawny basen króla Dżajawarmana VII, przypominający wielkością bardziej jeziorko, przepięknie odbijał promienie wschodzącego słońca. Niebo stopniowo zmieniało barwy, rozjaśniając się z każdą minutą coraz bardziej. Wygodne było również to, że nie otaczał nas tłum, lecz skromna grupa turystów. Jako że naprzeciwko znajdowała się świątynia Banteay Kdei. Położona na wyspie świątynia buddyjska, była kiedyś otoczona wodą zbiornika wodnego, więc można było dopłynąć do niej tylko bambusową łódką.
Wróciliśmy do hotelu ulubionymi przez wszystkich tuk tukami. Tam na śniadanku spotkaliśmy Asię i Grzesia, którzy postanowili dziś pospać dłużej. O 8:30 wyruszyliśmy w drogę, by zwiedzać kolejne cuda Angkoru. Zaczęliśmy od Banteay Srai, świątyni zlokalizowanej 37 km od Siem Reap. Niewielka budowla z XX wieku zachwycała swym nietypowym kolorem różowego piaskowca oraz bogatą i szczegółową ornamentyką. Z uwagi na niezwykle precyzyjne rzeźbienia i ogromną liczbę turystów centrum świątyni zostało odgrodzone, co ułatwiało robienie ładnych zdjęć.
W drodze powrotnej do centrum kompleksu Angkor zatrzymaliśmy się w jednej z wiosek, w której tubylcy produkują cukier palmowy. Mogliśmy więc przyjrzeć się produkcji cukru jak i cukierków, oraz spróbować tych niesamowicie słodkich smakołyków.
Kolejnym naszym celem był kompleks Angkor Thom. Ostatnia stolica imperium Khmerskiego, przed przeniesieniem do Pnom Penh. Zaczęliśmy od centralnej, najpiękniejszej świątyni – Bayon. Zachwyca ona swym niezwykłym zabudowaniem, przedstawiającym 54 wieże z 4 twarzami zwróconymi w 4 strony świata na każdej z nich. Źródła przekazują, iż twarze te mają przedstawiać wizerunek Buddy lub Dżajawarmana VII, który był jednym z najbardziej czczonych króli Imperium Khmerów. Pokaźna świątynia Bayon, zachwycała również swymi galeriami, zlokalizowanymi wokół budowli, gdzie po raz kolejny mogliśmy podziwiać piękne reliefy. Tym razem przyglądaliśmy się życiu codziennemu Khmerów z tamtego okresu. Zachwyceni udaliśmy się spacerkiem w kierunku kolejnych zabytków. Po drodze mijaliśmy otwartą niedawno po częściowej renowacji świątynię Baphuon. Ukończona w roku 1060, wyróżnia się swym kształtem, przypominając bardziej piramidalne wzgórze świątynne. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości wspinaczki na górę, by podziwiać najbliższe krajobrazy. Tu również kiedyś znajdował się zbiornik wodny, dlatego droga do świątyni wiodła długim, wąskim pomostem.
Spacerując dalej, doszliśmy do tarasu słoni. Zbudowany przez Dżajawarmana VII, miał być miejscem obserwacji parad i ceremonii na placu królewskim. Ok. 300 metrów ścian, pokrytych płaskorzeźbami słoni łączyło się następnie z kolejnym tarasem – trędowatego króla. Było to z kolei miejsce kremacji zwłok. Nazwa powstała od zlokalizowanego tam posągu, który według niektórych przypomina cierpiącego na trąd króla, założyciela pierwszego miasta Angkor. Według innych jest to posąg hinduskiego boga śmierci – Yamy.
Jako że niebo było dziś zachmurzone, opcja kolejnego zachodu słońca wśród świątyń przepadła. Część z nas chciała skorzystać z lotu balonem na sznurku, by podziwiać piękny Angkor z wysokości 150 metrów, okazało się jednak, że jest dziś zbyt wietrznie i balon może wznieść się tylko na wysokość 50 metrów. Zrezygnowaliśmy również z tej opcji. Wróciliśmy do hotelu, gdzie każdy oddał się chwili relaksu. O 19:00 spotkaliśmy się ponownie, by wspólnie udać się na pożegnalną kolację do teatru – restauracji. Tam każdy z nas otrzymał pięknie przyozdobioną tacę z najróżniejszymi potrawami, które popijaliśmy złotymi napojami bądź sokami owocowymi. O 20:30 zaczął się godzinny spektakl, przedstawiający taniec Bogiń Apsar, taniec rybaków oraz piękną historię hinduskiego eposu Ramayana. Spektakl wszystkim się podobał. Po powrocie do hotelu, wybraliśmy się wspólnie spacerkiem na targ nocny. Postanowiliśmy zrelaksować się trochę po intensywnym zwiedzaniu i zamówiliśmy sobie wspólnie masaż nóg.
Rozsiedliśmy się w ośmiu stojących obok siebie fotelach, a naprzeciwko nas usiadły nasze masażystki. Nasz 40 minutowy masaż okazał się nie tylko niezwykle relaksujący ale również rozweselający. Dorota i ja z trudem wytrzymywałyśmy łaskotki, Ania, Jola oraz Alina ćwiczyły z wesołymi Khmerkami angielski, Asia, Marek i Grzesiu robili zdjęcia, kręcili filmy. Wszyscy zdziwiliśmy się, gdy oprócz masażu stóp otrzymaliśmy dodatkowo masaż kręgosłupa. Postanowiliśmy więc dać napiwek naszym wytrwałym masażystkom. Grzesiu natomiast zostanie zapamiętany przez swoją masażystkę na zawsze. Ta, skupiona na swym trudnym zadaniu masażu kręgosłupa, chwyciła Grzesia za rękę chcąc ją rozciągnąć. Grzesiu wystraszony nagłym chwytem, pociągną masażystkę do siebie podnosząc ją tym samym nad siebie. Wszyscy, łącznie z masażystkami, wybuchnęliśmy śmiechem. Kto by pomyślał, że zasady samoobrony można stosować również przy okazji masażu.
Po tak miłym odprężeniu, udaliśmy się jeszcze na ostatnie zakupy, a następnie do hotelu, by wyspać się przed kolejnym, długim dniem.

