Meldujemy szczęśliwe dotarcie do Birmy. Rangoon przywitało nas nocą, gdyż mieliśmy małe opóźnienie lotu z Bangkoku, ale nasz sympatyczny przewodnik Nił czekał już na nas uśmiechnięty z tabliczką ESTY. Obliczyliśmy, że nasz lot wraz z przesiadkami i oczekiwaniem trwał łącznie 24 godziny, więc z radością powitaliśmy docelowy kraj. W drodze do hotelu przybliżyliśmy sobie szczegóły programu na jutro oraz oczywiście obowiązkowo nauczyliśmy się pierwszych słów po birmańsku: Mingelabar – dzień dobry, tizuptomate –dziękuję. Na miejscu czekała już na nas pięknie przygotowana kolacja – pierwsze zderzenie z kuchnią lokalną, na początek jednak mało ekstremalnie. Zupa cebulowa, pieczony kurczak przyprawiony czerwonym pieprzem z warzywami al dente oraz słodkim puree, a na deser uwielbiane przez wszystkich owoce – mango, melon oraz arbuz. Co niektórzy spróbowali również lokalnego piwa Myanmar, inni pozostali przy bardziej tradycyjnych napojach. Przy kolacji Krzysztof wyjawił nam, że dziś są imieniny Eli, więc zamierzamy to odpowiednio uczcić jutro, kiedy wszyscy będą wypoczęci.
Wszyscy, którzy mieli nadzieję na zasięg telefoniczny, już ją stracili. Plus, Orange, T- mobile nie działają. Grzesiu miał większe szczęście, gdyż jego operator – play - połączył się z lokalną siecią. Mimo, iż jadąc do Birmy każdy był świadom restrykcji związanych z używaniem telefonów komórkowych czy dostępem do Internetu, to jednak dopiero teraz uświadomiliśmy sobie, że czeka nas dwa tygodnie bez jakiegokolwiek kontaktu ze światem. Prawdziwe wakacje (szczęśliwie Internet co jakiś czas udaje się znaleźć, przez co relacja z naszych przygód i wrażeń jest uzupełniana). Na zakończenie jakże intensywnego dnia wybraliśmy się na drinka powitalnego do hotelowego baru, a następnie nadszedł czas na zasłużony odpoczynek.

