Nasz wspólny wyjazd trwał prawie miesiąc i należał do ambitniejszych jeśli chodzi o program. Nie było czasu na błogie lenistwo, dopóki nie wylądowaliśmy na Koh Chang. Dlatego też każdy dzień był pełen wrażeń i niespodzianek. Wrażenia po zwiedzaniu tak wielu świątyń, a niespodzianki, by urozmaicić nam trochę wspólnie spędzony czas.
Birma była dla nas odkrywaniem nieznanego i tajemniczego. Była wyzwaniem, ponieważ byliśmy zdani wyłącznie na siebie, nie mając kontaktu z naszymi bliskimi, przyjaciółmi. Kambodża była potwierdzeniem tego, że na świecie istnieją cuda architektoniczne, o których istnieniu jeszcze niedawno ludzie nie wiedzieli. Jest to również kraj ludzi silnych i ambitnych, gdyż po takiej tragedii, jaką Khmerowie przeżyli za czasu panowania Pol Pota, nie jest łatwo się podnieść. Tajlandia była dla nas chwilą na wyciszenie i relaks. Wszędzie pięknie świeciło nam słońce, które teraz wszyscy przywozimy do Polski, by świeciło i tu jak najdłużej.
Hasłem przewodnim wyjazdu stał się POLAREK. Wspólnie z Win ( naszą przewodniczką w regionie Shan) dbałyśmy o to, by grupa przy okazji wizyty w wiosce Pao nie zmarzła podczas spaceru i zarządziłyśmy wzięcie polarków. Należy jednak dodać, że dla mieszkańców Indochin temperatura niska to 20 stopni, tak więc polarki okazały się być zbędnym balastem. By wyrazić wdzięczność za mą dbałość o zdrowie innych, grupa nazwała mnie od tego dnia POLARKIEM, a na każde hasło o wzięcie czegoś cieplejszego do ubrania przypominał nam się ten słynny, chłodniejszy dzień.

