Nadszedł czas naszej wyprawy. Cała grupa spakowana, teraz liczymy na sprawną przeprawę przez zalany Bangkok. Ostatnimi czasy dochodziło do nas wiele niepokojących informacji. Najpierw powódź w Tajlandii, Kambodży, Birmie, później zamknięte lotnisko w Warszawie, z którego mieliśmy wylatywać. Na szczęście aktualne wiadomości są optymistyczne tak więc i my nastawiamy się pozytywnie na upragniony urlop. Dodam, że trasa ta jest szczególna, gdyż program został indywidualnie dopracowany przez Pana Krzysztofa, który z godną podziwu dokładnością opisywał dzień po dniu. Zapraszamy więc na wspólną, również wirtualną wycieczkę po pięknych zakątkach Birmy, Kambodży i Tajlandii.
Meldujemy szczęśliwe dotarcie do Birmy. Rangoon przywitało nas nocą, gdyż mieliśmy małe opóźnienie lotu z Bangkoku, ale nasz sympatyczny przewodnik Nił czekał już na nas uśmiechnięty z tabliczką ESTY. Obliczyliśmy, że nasz lot wraz z przesiadkami i oczekiwaniem trwał łącznie 24 godziny, więc z radością powitaliśmy docelowy kraj. W drodze do hotelu przybliżyliśmy sobie szczegóły programu na jutro oraz oczywiście obowiązkowo nauczyliśmy się pierwszych słów po birmańsku: Mingelabar – dzień dobry, tizuptomate –dziękuję. Na miejscu czekała już na nas pięknie przygotowana kolacja – pierwsze zderzenie z kuchnią lokalną, na początek jednak mało ekstremalnie. Zupa cebulowa, pieczony kurczak przyprawiony czerwonym pieprzem z warzywami al dente oraz słodkim puree, a na deser uwielbiane przez wszystkich owoce – mango, melon oraz arbuz. Co niektórzy spróbowali również lokalnego piwa Myanmar, inni pozostali przy bardziej tradycyjnych napojach. Przy kolacji Krzysztof wyjawił nam, że dziś są imieniny Eli, więc zamierzamy to odpowiednio uczcić jutro, kiedy wszyscy będą wypoczęci.
Wszyscy, którzy mieli nadzieję na zasięg telefoniczny, już ją stracili. Plus, Orange, T- mobile nie działają. Grzesiu miał większe szczęście, gdyż jego operator – play - połączył się z lokalną siecią. Mimo, iż jadąc do Birmy każdy był świadom restrykcji związanych z używaniem telefonów komórkowych czy dostępem do Internetu, to jednak dopiero teraz uświadomiliśmy sobie, że czeka nas dwa tygodnie bez jakiegokolwiek kontaktu ze światem. Prawdziwe wakacje (szczęśliwie Internet co jakiś czas udaje się znaleźć, przez co relacja z naszych przygód i wrażeń jest uzupełniana). Na zakończenie jakże intensywnego dnia wybraliśmy się na drinka powitalnego do hotelowego baru, a następnie nadszedł czas na zasłużony odpoczynek.
Pierwsza pobudka na azjatyckim lądzie. O 7:00 zadzwoniły budziki, szybkie śniadanko i nadszedł czas na zwiedzanie. Dziś naszym celem były dwa z 14 stanów Birmy – Bago oraz Mon. By dojechać do Bago potrzebowaliśmy 2 godziny. Zaczęliśmy od zwiedzania złotego pałacu Kanbawzathadi, zbudowanego przez jednego z wielkich królów Birmy – Bayinnaung w XVI wieku. Przez długi czas pałac stał zapomniany i ukryty w lasach birmańskich. Dopiero w 1990 roku archeolodzy odkryli pozostałości ceglane, oraz tekowe filary pałacu.
Nadszedł czas na pierwsze zdjęcia grupowe. Sesja trwała co najmniej 5 minut, gdyż każdy chciał mieć piękny złoty pałac i całą grupę na swoim zdjeciu. Po chwili jednak udało się ruszyć w dalszą drogę do pałacu. W środku mogliśmy zobaczyć rekonstruowane sale tronowe, oraz główny hall, w którym oprócz odnowionych filarów głównych można było przyjrzeć się tym starym, wieloletnim drzewom tekowym.
Wybiła godzina 11:00 więc postanowiliśmy udać się do szkoły i zakonu mnichów, w którym na tą chwilę mieszka 500 osób. Mnisi buddyjscy jadają posiłek dwa razy dziennie. Raz zaraz po wschodzie słońca, drugi raz przed południem. Jedzą tylko to, co dostaną w darze od mieszkańców danej wsi czy pielgrzymów. Zazwyczaj jest to skromny posiłek, składający się głównie z ryżu , warzyw, czasem mięsa. Dziś dostali dodatkowo również owoce. Mieliśmy okazję uczestniczyć w rytuale nakładania jedzenia przez pielgrzymów, jak i obserwować młodych zakonników zgromadzonych w jednym hallu, najpierw modlących się, następnie jedzących.
Jako że dzisiejszy upał dawał się wszystkim we znaki, część z nas zdecydowała się na zakup lokalnych, składanych kapeluszy. Śmialiśmy się, że ciekawym znakiem rozpoznawczym grupy ESTY w Birmie mogłyby być właśnie te kapelusze. Na razie jednak tylko część się w nie zaopatrzyła. Zobaczymy za kilka dni.
Kolejnym punktem programu była najwyższa stupa w Birmie - Shwemawdaw Paya, mająca 114 metrów długości. Pięknie złocona, otoczona małymi, również złotymi pagodami, sprawiała oszałamiające wrażenie. Obeszliśmy ją dookoła, podziwiając przy okazji 4 kapliczki z posągami buddy zlokalizowane w okol. Zatrzymaliśmy się też przy pozostałościach oryginalnej stupy, zniszczonej przez trzesięnie ziemi w 1917 roku, gdzie można było przyjrzeć się materiałowi wykorzystywanemu do budowy: cegły, cement. Po szczegółowej wizycie udaliśmy się z powrotem do autobusu, by dojechać do głównego celu naszej dzisiejszej podróży – złotej skaly.
Dziś co niektórzy ambitnie skusili się na pobudkę o 5:00. Powodem była chęć zobaczenia niezwykłej, złotej skały o wschodzie słońca. Gdy spotkaliśmy się wspólnie na śniadaniu, Grzesiu, Asia, Krzysztof, Dorota oraz Marek opowiadali nam o porannej wyprawie. Okazało się, że nawet o tak wczesnej dla niektórych porze pod niezwykłym kamieniem gromadzi się mnóstwo osób. Gwar był na tyle duży, że sprawiał wrażenie, jakby trwał przez całą noc, bez przerwy na sen. Zdjęcia natomiast wyszły niczym majstersztyk. Piękne kolory, ciekawy krajobraz, symboliczne miejsce dawały wspólną, niesamowitą atmosferę.
O 7:30 rozpoczęliśmy trasę w dół do przystanku z ciężarówkami. Schodziło się dużo przyjemniej, mimo że niejeden z nas odczuwał dziś zakwasy po wczorajszym podejściu. Sprawnie zjechaliśmy ciężarówką do bazy początkowej, gdzie czekał już nasz autobus. Stamtąd ruszyliśmy z powrotem do Yangon. Po drodze raz jeszcze zatrzymaliśmy się w Bago, by zobaczyć posąg trzeciego co do wielkości leżącego buddy Birmy – 55 metrów długości, 16m wysokości, pięknie pozłacany, z przedstawioną obrazkową historią życia Buddy oraz historią wybudowania posągu w tym miejscu.
Naszym głównym celem był dziś punktualny dojazd na lotnisko. Udało się nam to dzięki uprzejmości kierowcy, który zwiększył trochę prędkość jazdy, dzięki czemu zyskaliśmy czas na mały lunch. Jedyna restauracja, jaka była w stanie wydać nam obiad w 40 minut przed check- in była ta naprzeciwko lotniska. Różniła się ona całkowicie od tych, które zazwyczaj odwiedzaliśmy, gdyż była jedną z tradycyjnych stołówek birmańskich. Co odważniejsi: Krzysztof, Ela, Grzesiu, Asia, skusili się na próbę najróżniejszych potraw. Reszta natomiast zrobiła sobie ucztę bananową, popijając do tego podawaną dodatkowo herbatę zieloną.
Na stanowisku odprawy znaleźliśmy się przed czasem. Pożegnaliśmy serdecznie przewodnika oraz kierowców i ruszyliśmy w kierunku bramki naszej linii lotniczej. Niektórzy z ciekawości zważyli swoje walizki i okazało się, że nasz bagaż ma sporą nadwagę, jednak nikt z obsługi tego nie sprawdzał, więc problem sam się rozwiązał. Przejście do samolotu umilała nam obsługa pokładowa, tworząc z czerwonych parasoli przyjemny cień, co przy temperaturze 35 stopni było bardzo mądrym i przydatnym rozwiązaniem. Widoki z za okien były niepowtarzalne: pola ryżowe, zalesione masywy górskie, rzeki.
Lot trwał tylko godzinkę, więc szybko znaleźliśmy się w Heho. Tu po ręcznym odbiorze bagaży przywitaliśmy już naszą nową przewodniczkę–Win. Bardzo sympatyczną, ciągle uśmiechniętą Birmankę, pochodzącą z regionu Shan i mającą spędzić z nami kolejne 5 dni. Przed nami już tylko droga do Kalaw, gdzie mieliśmy spędzić dzisiejszą i kolejną noc. W trakcie godzinnej jazdy opowiadałyśmy o stanie Shan i jego mieszkańcach, więc droga minęła bardzo szybko.
Hotel okazał się być niesamowicie przytulny. Przestrzenne pokoje z kominkami, pięknie dekorowane lokalnymi obrazami, równie przestrzenna łazienka oraz pyszne jedzonko. Zapowiadały się przyjemne dwie noce. Wieczorem jak zwykle spotkaliśmy się na wspólną integrację i wieczór zakończył się bardzo miłym akcentem.
Dziś przed nami kolejny trekking. Tym razem jednak w stanie Shan, w przepięknym, górzystym regionie kraju zamieszkałym przez największą liczbę mniejszości narodowych. Nasza trasa dziś wiodła szeroką, glinianą ścieżką do wioski plemienia Palaung. Plemię to pojawiło się w regionie Shan na początku XII wieku. Wioska, do której zmierzaliśmy liczy ok 500 osób, zlokalizowana jest na szczycie jednej z gór, tak więc krajobraz przez cały czas był wyjątkowy. Mijaliśmy plantacje pomarańczy oraz herbaty, które są głównymi produktami uprawianymi przez tą mniejszość narodową.
W trakcie spaceru odwiedziliśmy również dom jednej z rodzin, częstując dzieci cukierkami i dając skromne prezenty. Następnie chwilka adrenaliny dla niektórych i przeprawa przez strumień, a po ok 2 godzinach dotarliśmy w końcu na miejsce.
Przywitała nas gromadka dzieci z przedszkola, prosząc grzecznie o cukierki. Sesja zdjęciowa z maluchami zrobiona, więc nadszedł czas na wizytę w szkole podstawowej. Budynek podzielony na 5 sal z kilkoma drewnianymi ławkami w każdej. Tu uczą się dzieci w klasie od 1-5. W kolejnym budynku podobnej wielkości przebywają starsi koledzy i koleżanki – klasa 6-8. Jako że każdy z nas miał przygotowane prezenty dla maluchów, zostawiliśmy dużą część z nich nauczycielce. Cukierki rozdane zostaly momentalnie, a ołówki, długopisy i inne przybory szkolne nauczycielka odłożyła na kolejne zajęcia. Zabawa i sesje zdjęciowe z dziećmi Palaung przyniosły obu stronom mnóstwo radości. Wrażenia niezapomniane!
Nadszedł czas na wizytę w kolejnym, lokalnym domu. Ugościła nas młoda mama, ubrana w tradycyjny strój – bordowe longue (czyt. londzi: długi do stóp materiał, owijany wokół pasa, najczęściej bawełniany, jedwabny lub wełniany, noszony zarówno przez mężczyzn jak i kobiety, wiązany przez mężczyzn w pasie, przez kobiety z boku, mający różne wzory: krata, paski) zielono-złotawa bluzka z nałożoną na wierzch bordową kamizelką. Tam mogliśmy zakupić tradycyjne, ręcznie tkane wyroby również dla siebie. Najpierw jednak każdy z nas wczuł się w rolę mieszkańca Palaung przebierając się w ich tradycyjne stroje. Zgodnie z symboliką danego stroju ceremonię zaślubin miała dziś Ela, reszta z nas ubrała się w szaty panien. Panowie nie mieli zróżnicowania na kawalerów i małżonków. Po szale zakupowym nadszedł czas na kosztowanie lokalnej zielonej herbaty, bananów oraz pomarańczy. Owocowo-herbaciana uczta bardzo nam smakowała. Pożegnaliśmy się serdecznie z całą, goszczącą nas rodziną i po krótkiej wizycie w okolicznym klasztorze udaliśmy się w drogę powrotną do bazy.
Temperatury w tym regionie Birmy spadają często nawet do 18 stopni. Jako że przed nami jeszcze 2 dni pory deszczowej byliśmy przygotowani na okoliczność ochłodzenia bądź zmoknięcia. Ku naszej radości pogoda dopisywała nam przez cały dzień. Słoneczko pięknie świeciło, więc cieplejsze rzeczy czy pelerynki okazały się niepotrzebne. Wyruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu. Tam czas na prysznic, a godzinkę później udaliśmy się na wizytę do miasta Kalaw, w którym obecnie mieszkamy. Część poszła na pierwsze zakupy na targ, reszta zapragnęła kontaktu z cywilizacją i odwiedziła kafejkę internetową.
Wizyta na targu była bardzo owocna – zakupiliśmy pyszne, czerwone banany, piękne szale, chusty, biżuterię. Każdy znalazł coś wyjątkowego dla siebie. Ok. 17:15 ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu, gdzie czekała już na nas przygotowana kolacja. Tym razem dania lokalne: sałatka z imbiru, zupa z soczewicy, kurczak w curry z ryżem gotowanym na parze oraz na deser świeżo przygotowane ciastka. Obiadokolacja bardzo smakowała, więc kontynuując miły wieczór spotkaliśmy się na wspólnych dyskusjach u Ani i Aliny. Dziś głównym tematem były nasze przyszłe plany wyjazdowe i nasze pasje.
Jako jedyne postanowiłyśmy skorzystać z Jolą z ogrzewania kominkowego. Poprosiłyśmy pana, by rozpalił nam w kominku i udałyśmy się na grupowe spotkanie. Pół godziny później nasz pokój był cały zaczadzony, co rozbawiło całą grupę – chciałyśmy sobie ogrzać, a skończyło się na długotrwałym wietrzeniu. No cóż, może następnym razem będziemy miały trochę więcej szczęścia.
Dziś wcześniejsza pobudka, gdyż przed nami długi dzień. O 8:00 zwarci i gotowi na kolejny dzień zwiedzania wyruszyliśmy w trasę. Dziś również po raz pierwszy wszyscy skorzystaliśmy z lokalnego środka chłodzącego i ochronnego przed słońcem – Tanaki. Po krótkim pokazie każdy brał na dłoń trochę sproszkowanej Tanaki ( konsystencja i kolor podobne do pudru), a następnie polewał kilkoma kroplami wody, zmieszał i nakładał na twarz. Prawie cała grupa miała więc dziś piękne wzory na twarzy, nosie, czole, a niektórzy nawet na głowie. Możemy potwierdzić, że działa przyjemnie, chłodząco na skórę i wygładza ją. Paniom polecamy również wygładzającą i oczyszczającą maseczkę na noc, którą przygotowuje się z nasion awokado ( nasiona awokado tłucze się w moździerzu, następnie rozprowadza się na twarzy tak jak wcześniej opisaną Tanakę, zmywa się dopiero rano).
Naszą trasę zaczęliśmy od targu pięciodniowego w okolicznej wiosce. Tu zrobiliśmy sobie godzinny spacer przyglądając się tradycyjnym warzywom, owocom, rybom i ubraniom. Zakupiliśmy również zapasy Tanaki do Polski oraz płyty z lokalną muzyką. Mimo, że niektórzy byli zasmuceni brakiem rzeźb czy biżuterii na targu, poprawili sobie humor zakupem kolejnych chust, szali czy longue.
Kolejnym punktem programu była miejscowość Pindaya – znana z słynnej jaskini Shwe o Min, w której od wielu lat składane były posągi Buddy i która mieści ich na tą chwilę ponad 8000. Całe miasto zrobiło na nas wielkie wrażenie. Przepiękne jezioro otoczone górami, a na jednym z wzgórz pięknie mieniąca się pagoda z pozłacaną bramą, do której wiodą długie, zdobione schody. To właśnie tam zmierzaliśmy. Podjechaliśmy autobusem pod bramę, a stamtąd windą pod wejście do jaskini. Spacer tam i oglądanie najróżniejszej wielkości posążków buddy w różnych pozycjach mudry, było niezastąpionym przeżyciem. Każdy z nas złożył również osobne życzenie dotykając szczególnych, dwóch czarnych posążków Buddy, gdyż podobno dzięki temu nasze pragnienia się spełniają.
Ciężko było nam rozstać się zbyt szybko z tym miejscem, ale czas nas gonił, więc po godzinie zmierzaliśmy już z powrotem do centrum miasta, by w okolicznej restauracji nad brzegiem jeziora zjeść tradycyjny obiad. Dziś w menu była sałatka z zielonej herbaty, zupa z brązowej fasoli, ryba w potrawce curry z orzeszkami ziemnymi i ryżem oraz ciastka sezamkowe – charakterystyczne dla tego regionu. ( w okolicy uprawiany jest pięknie kwitnący na żółto sezam). Wszystko popiliśmy sokiem z limonki oraz zieloną herbatą.
Najedzeni i zadowoleni ruszyliśmy w kierunku naszego kolejnego hotelu, zlokalizowanego już nad jeziorem Inle. Na trasie zatrzymaliśmy się w jednej z okolicznych wiosek, gdzie mieszkały plemiona Danu i Pao. Tam przyjrzeliśmy się z bliska domom i ogródkom rodzinnym. Szczególnym zaciekawieniem cieszyła się konstrukcja rynnowa z bambusa, która zbierała wodę deszczową i prowadziła dalej bezpośrednio do studni. Piękne były również tradycyjne schody bambusowe prowadzące na piętro posesji. Kuchnia zaś zlokalizowana była obok ceglanego domu, w małej bambusowej szopce ( przez słowo kuchnia rozumie się miejsce na palenisko, miejsce do suszenia mięsa nad paleniskiem oraz kilka naczyń obok).
W kolejnym odwiedzanym domu właściciele poczęstowali nas przepyszną herbatą. Przyjrzeliśmy się również z bliska ich uprawom ( głównie kalafior, kapusta, papryczka chili, imbir, ziemniaki, gorczyca, pszenica) Podziękowaliśmy małymi podarunkami dla najstarszej pani domu, za co otrzymaliśmy w podziękowaniu błogosławieństwo na zdrowie i szczęście. Było bardzo miło.
Trzeci dom, który odwiedzaliśmy był najbogatszy. Dwupiętrowa, ceglana konstrukcja, pokaźny ogród i pola plantacji. Największe wrażenie zrobiła na nas jednak najstarsza pani domu, która miała 100 lat i mimo swego sędziwego wieku oraz problemów z kręgosłupem świetnie widziała i słyszała. Gdy przyszliśmy ją odwiedzić pracowała akurat w ogrodzie ze swoją córką. Poprosiliśmy ją o możliwość sesji zdjęciowej. Zgodziła się. Uradowani podziękowaliśmy za gościnę i udaliśmy się w drogę powrotną do autobusu.
Mimo, iż trasa do hotelu była długa, zleciała nam całkiem szybko. Opowieści o regionie oraz sesje zdjęciowe umilały nam czas, a gdy słońce już zaszło, niektórzy skusili się również na krótką drzemkę. O 19:30 pojawiliśmy się w końcu w hotelu. Po lewej widok na piękne, długie, otoczone górami jezioro Inle. Przed nami oświetlone, ozdobione schody prowadzące do jednej z okolicznych stóp. Po prawej nasz hotel, umeblowany w regionalnym stylu z wykorzystaniem drzewa bambusowego.
Nadszedł wielki dzień dla Birmańczyków jak i dla nas. To właśnie 10.11 tego roku kończy się pora deszczowa, a zaczyna zimowa, w nocy zaś podziwiać można pełnię księżyca. To właśnie tego dnia odbywało się również zakończenie jednego z najbardziej znanych festiwali w regionie Shan – festiwalu balonów. Taunggyi – miasto, w którym odbywa się festiwal, zapełnione jest ludźmi i samochodami od 2 do 10 listopada, przyjmując coraz to nowych przybyszów z całego państwa, którzy chcą uczestniczyć w słynnych obchodach.
Po raz pierwszy na festiwalu pojawiliśmy się przed południem. Odbywał się wtedy konkurs na najbardziej kolorowy i najciekawszy kształtem balon. Jury brało pod uwagę zarówno wielkość balonu jak i pomysłowość. Podziwialiśmy więc pięknie unoszące się balonowe papugi, króliki i inne zwierzęta. Każdemu nowemu pokazowi ok. 6 metrowych, papierowych balonów towarzyszył akompaniament lokalnych instrumentów – bęben, talerze, bambusowe, ogromne kastaniety.
Po około godzinie opuściliśmy obszar festiwalu i udaliśmy się do Kakku. Tam zjedliśmy obiad na bazie ziemniaków i kapusty w lokalnej restauracji, po czym zwiedziliśmy jeden z piękniejszych kompleksów świątynnych – 2 małych pagód skumulowanych w jednym miejscu, przechowujących wizerunki Buddy. Mimo długiej drogi warto było tu przyjechać. Świątynia robi wrażenie, a poszczególne stupy wyróżniają się zdobieniami i przechowywanymi statuetkami.
Nadszedł czas ponownej wizyty w Taunggyi. Tym razem na festiwalu nocnym, który miał się zacząć koło 20:00. W mieście zjedliśmy pyszną kolację w jednej z lokalnych, bardziej znanych restauracji. Z zadziwieniem przyglądaliśmy się zapleczu, gdzie znajdywała się kuchnia, w której warunki sanitarne Dalego odbiegały od jakichkolwiek standardów europejskich. Wszystko było jednak bardzo smaczne i zapite później odpowiednim lekarstwem, by przypadkiem nie zaszkodziło.
Trasa w kierunku wzgórza, gdzie odbywały się nocne zawody była całkowicie zakorkowana. Szacowaliśmy, że pojedziemy godzinę, jechaliśmy dwie. Z dwupasmowej ulicy zrobiła się czteropasmówka, gdzie motocykle i mniejsze samochody miały zawsze wymuszone pierwszeństwo nad naszym autobusem. Trzeba było bardzo uważać, by w kogoś nie wjechać. Mimo perfekcyjnej jazdy naszego kierowcy, po pół godziny jazdy byliśmy stratni o lewe lusterko od autobusu. Wpychający się samochód w minutę je strącił i całkowicie zbił. Zważając na to, że nasz autobus miał kierownicę po prawej stronie, nasz kierowca miał nie lada zadanie, by prowadzić bez lewego lusterka. Kierowca winnego samochodu na szczęście zdecydował się pokryć koszty strat.
Gdy dojechaliśmy na miejsce, co jakiś czas pojawiały się nowe balony z fajerwerkami. Mimo, iż na jeden balon trzeba było czekać około 30 minut, zanim go przygotowali, wrażenia były niezastąpione. Tłum ludzi i efekty wizualne podczas prezentowanych balonów zaskakiwały. Następnego dnia okazało się, że z trzech balonów które widzieliśmy wieczorem, dwa zajęły czołowe miejsca- pierwsze i trzecie. Mieliśmy więc niesamowite szczęście widzieć zwycięzcę – balon Naga ( polecam zdjęcie w albumie ESTY). Ok. 23:20 wyjeżdżaliśmy z Taunggyi. W hotelu z powrotem byliśmy o pierwszej w nocy.
Dziś na pożegnanie regionu Shan zaczęliśmy dzień od półgodzinnej wycieczki łódką po jeziorze Inle. Jako że wypływaliśmy wcześnie rano, rybacy zaczynali dopiero pracę i mogliśmy z bliska przyjrzeć się jak łowią ryby za pomocą specjalnie przygotowanej sieci. Bezpośredni kontakt z tubylcami z wodnych wiosek dostarczył nam wiele radości, która pozostała na cały, długi dzień zwiedzania. Gdy dopłynęliśmy do brzegu, z wszystkich stron pojawiły się panie sprzedające lokalne kapelusze materiałowe. Wszyscy skusili się na zakup i namówili mnie, bym również takowy zakupiła, dzięki czemu będziemy rozpoznawalni. Ostatecznie przystałam na ich propozycję. Dziś więc mieliśmy pięknie malowaną Tanakę na twarzy, chroniącą przed słońcem, piękne kapelusze na głowach w jednym kolorze i dwóch fasonach i do kompletnej integracji z tubylcami brakowało nam jeszcze tylko długiego longue (czyt. Londżi).Postanowiliśmy więc, że kolejnym zakupem będzie właśnie to.
W drodze na lotnisko zatrzymaliśmy się przy przepięknym klasztorze Shwe Yaunghwe Kyaung – zbudowany z drewna tekowego, z owalnymi oknami zrobił na wszystkich wielkie wrażenie. W środku modlili się akurat nastoletni nowicjusze, spoglądając co jakiś czas na nas z zaciekawieniem i uśmiechając się. Była również możliwość złożenia datku dla mnichów, a ponieważ byliśmy niesamowicie zauroczeni tym miejscem, również postanowiliśmy zostawić jakiś swój wkład jako ESTA. Obok głównego klasztoru znajdowała się piękna świątynia z kilkuset wizerunkami małych budda stawianych w niszach ściennych. Dla niektórych klasztor ten został zaliczony do najpiękniejszych, które dotychczas widzieliśmy.
Dojechaliśmy na lotnisko punktualnie. Szkoda było żegnać się z naszą przewodniczką – Win – gdyż zdążyliśmy się już zżyć. Ostatnie uściski, pożegnania i już zmierzaliśmy do odprawy. Jako że w Birmie pojęcie czasu jest płynne, to po raz drugi wylatywaliśmy z półgodzinnym opóźnieniem. Nie popsuło nam to jednak ani trochę humoru, gdyż widoki w czasie lotu były piękne, mimo iż lot trwał tylko 35 minut.
Po 13:00 przywitało nas lotnisko w Mandalay – dawej i ostatniej stolicy Birmy przed okupacją angielską. Po małym zamieszaniu związanym z odbiorem naszego bagażu, udaliśmy się w końcu do hali przylotów, gdzie czekał już na nas kolejny przewodnik, o imieniu tym samym co nasza przewodniczka. Pożegnaliśmy więc panią win, przywitaliśmy pana win. Na zewnątrz czekał na nas nowiutki, żółty autobus, który będzie naszym środkiem transportu przez najbliższe 4 dni. Do centrum jechaliśmy ok. godzinę i najpierw udaliśmy się na lunch.
Jako że ostatnie kilka dni było obfite w jedzenie, zdecydowaliśmy się na zmianę menu w programie na obiady, a kolacje od dziś miały być tylko owocowe. Po jednogłośnej decyzji wprowadziliśmy nowe zarządzenie. Dziś znowu smakowaliśmy lokalne jedzonko. Zupa z soczewicy, sałatka z czerwonych i zielonych pomidorów, smażone warzywa mix: bakłażan, orka, papryka, kurczaczek, rybka, kiełki z tofu oraz pasta z krewetek na ostro. Furorę robiły również świeżo wyciskane soki: papaya, arbuz, melon. Wszystko tak sycące, że owocowy deser zjadaliśmy już na wcisk. Niektórzy zdecydowali się na lokalną kawkę po obiedzie i chwilę później ruszaliśmy już w drogę do dawnego pałacu królewskiego Mandalay.
Klasztor tekowy Shwenandaw, dawny pałac króla Birmy – Mingona zachwycał swym bogatym zdobieniem z płaskorzeź, pięknymi gzymsami, pozostałościami wewnętrznych złoceń, liczbą kolumn wewnętrznych. Po tej wizycie każdy z nas odczuwał mały niedosyt, gdyż szczegółowe obserwowanie wnętrza i zewnętrznych ścian cieszyło oczy. Przed nami jednak pagoda Kuthodaw.
Pagoda Kuthodaw zwana jest również najdłuższą księgą świata, gdyż na terenie tego kompleksu świątynnego przechowywane jest 729 tablic sanskrytu buddyjskiego pisanego w języku pali, opisującego życie buddy. Niegdyś czytany przez mnichów, zajmował rok i dwa miesiące, by przeczytać cały. Dziś mnisi korzystają ze źródeł książkowych. Jest to jednak jedyny na świecie zapis całej historii życia Buddy w języku pali na płytach kamiennych.
Zauroczeni lecz w lekkim pośpiechu ruszyliśmy w stronę wzgórza Mandalay, skąd obserwować mieliśmy piękny zachód słońca. Jechaliśmy busem, następnie pickupem, a na końcu szliśmy kawałek pieszo, bez butów i skarpetek, wczuwając się przy tym w rolę następców Cejrowskiego i traktując tą przygodę jako dodatkowy masaż stóp.
Zabrakło nam 5 minut by trafić na Zachód słońca, jednak niebo było tak pięknie kolorowe, że zdjęcia mimo wszystko wychodziły piękne. Ciekawostką dla nas była również rozmowa z młodymi mnichami, którzy przychodzą na wzgórze Mandalay codziennie, by ćwiczyć swój angielski. Najpierw podeszli do mnie, tworząc podstawowe pytania pozwalające na praktykę języka, później rozmawiali już z wszystkimi. Na pożegnanie podarowaliśmy im paczkę cukierków, by mogli zjeść następnego dnia (Mnisi buddyjscy jadają tylko od wschodu słońca do godziny 12 w południe).
Droga do hotelu minęła nam sprawnie. Zameldowaliśmy się, wykąpaliśmy i wspólnie zrobiliśmy sobie mały spacerek w okolicy hotelu. Krajobraz wypełniały budynki z najróżniejszymi sklepami i restauracjami oraz ruchliwa ulica. Zatrzymaliśmy się w jednej z lokalnych knajp niedaleko, by spróbować uczty owocowej, krewetek oraz najróżniejszych napoi. Następnie impreza przeniosła się do Krzysztofa i Eli i zakończona została po raz kolejny pyszną miksturą z miodu sezamowego i limonki.
Dziś o 8:30 wszyscy stawili się pod recepcją hotelową w pełni gotowi na nowe atrakcje. Zaczęliśmy od zwiedzania Mahamuni paya – drugiego po złotej skale najważniejszego miejsca pielgrzymkowego w Birmie. Wierzy się, że wizerunek 3,5 metrowego buddy, przechowywanego w tej pagodzie, został stworzony przez prawdziwego Buddę i żyje do dziś, przekazując swą niezwykłą moc wiernym. Postanowiliśmy sprawdzić, czy posąg ten faktycznie jest nietypowy. Panowie, którzy mogli podejść pod sam wizerunek i w ramach oddania czci przykleić płatki złota, opisali nam to doświadczenie jako niezwykłe.
W Amarapurze, dawnej stolicy Birmy, o 10:15 każdego dnia karmieni są mnisi z tamtejszego klasztoru. My również uczestniczyliśmy w tym rytuale. Po raz drugi już podczas tej wycieczki mogliśmy obserwować, jakie smakołyki dostają mnisi na lunch. Oprócz podstawowego ryżu z mięsem i warzywami, pojawiło się ciasto, lody i wiele innych przysmaków. Dzisiejszymi darczyńcami jedzenia byli: birmańska para młoda wraz z rodzicami. Przeznaczyli oni na ten cel ok. 2000 dolarów. Klasztor ten był dużo bardziej zatłoczony przez turystów niż ten w Bago, ale warto było porównać życie mnichów w tym i innym regionie kraju.
Niedaleko klasztoru w Amarapurze znajduje się najdłuższy most tekowy świata, mający 1200 metrów długości. Robi niesamowite wrażenie, łącząc dwa brzegi jednego z okolicznych jezior. Z początku planowałam krótki spacerek, by grupa się nie zmęczyła, ale wszyscy zgodnie stwierdzili, że przechodzimy cały most, musimy przecież dotknąć ziemi na drugim brzegu jeziora. Udało się ! Z małym opóźnieniem czasowym spotkaliśmy się z powrotem przy busie, dumni z przejścia 2,4 km przez jakże okazały most.
Udaliśmy się w drogę powrotną do Mandalay. W południowej części miasta zatrzymaliśmy się, by przyjrzeć się rękodziełu w rzeźbach z drzewa tekowego. Później wizyta w jednym z warsztatów wyrobów płatków złota, gdzie każdy z nas mógł się przyjrzeć ręcznej produkcji i zakupić piękne, złocone produkty.
Jako że nasza grupa jest wyjątkowa i chce zobaczyć zawsze jak najwięcej, postanowiliśmy po raz drugi przerzucić wizytę w jednym z klasztorów drewnianych na jutro, by z większym spokojem udać się dziś do Mingun. Do przystani dojechaliśmy spontanicznie załatwionymi rikszami, którymi jechaliśmy w parach, przyglądając się przy tym z bliska lokalnym rowerzystom, motocyklistom, którzy jechali wraz z nami główną ulicą. Po 15 minutach z uśmiechami na twarzy znaleźliśmy się znowu przy autobusie, który podwiózł nas pod sam brzeg najdłuższej rzeki Birmy - Irewada, którą mieliśmy dziś płynąć.
W przystani czekał już na nas prywatny statek, z pięknie ustawionymi leżakami. Za przejście na pokład robiła pojedyncza deska, a za barierkę bambus trzymany przez dwóch lokalnych. Wszyscy sprawnie przeszliśmy na pokład, zajęliśmy wygodne miejsca i szybko ruszyliśmy w drogę do Mingun płynąc ok. godzinkę. Niektórzy skorzystali z tego czasu by uciąć sobie krótką drzemkę( Dorota, Marek), inni bacznie obserwowali krajobrazy, by nie stracić żadnego pięknego kadru.
Gdy dopłynęliśmy na miejsce zwiedziliśmy niedokończoną pagodę króla Bothawpaya, największy dzwon z brązu na świecie – 90 ton oraz zrobiliśmy spacer wzdłuż okolicznych świątyń. Szczególnie widok z niedokończonej, 50 metrowej pagody był oszałamiający. Opłacało się wspiąć na górę, by zobaczyć piękne widoki na rzekę i cały kompleks świątynny.
W drodze powrotnej statkiem do Manadalay, przy złoto-czerwonym zachodzie słońca, zajadaliśmy lokalne banany oraz orzeszki ziemne, popijając je lokalnym złotym napojem oraz coca colą.
Na wieczór pozostał nam już tylko powrót do hotelu, gdzie pożegnaliśmy się z naszym przewodnikiem i zakończyliśmy kolejny, miły dzień,
Dziś udaliśmy się do kolejnych dawnych stolic birmańskich. Zaczęliśmy od Inwa – kilkutysięcznego miasta, które było stolicą królewską przez około 400 lat. Po krótkiej przeprawie łodzią przez rzekę Chindwin przesiedliśmy się na riksze konne, które obwoziły nas po tym pięknym, zielonym mieście pełnym najróżniejszych stup i klasztorów przez trzy godziny. Zatrzymaliśmy się przy XVI wiecznym klasztorze Agaya Kyaung – kolejnym już na naszej drodze klasztorze z drewna tekowego, który zachwycał liczbą drewnianych pali podtrzymujących oraz rzeźbieniami gzymsów, drzwi, ścian. Swą nazwę zawdzięcza tłumaczeniu : Najwspanialszy klasztor królewski. Rzeczywiście zrobił wrażenie na wszystkich, tym bardziej, że nasza grupa ma słabość właśnie do drewnianej architektury birmańskiej.
Kolejny przystanek mieliśmy przy krzywej wieży Ava – jedynej pozostałości po dawnym pałacu królewskiej, zniszczonej w dużej mierze po trzęsieniu ziemi w 1838 roku. Z wierzy rozciągał się przepiękny widok na całe miasteczko, jak również na oddzielające je od świata rzeki Irewady i Chindwin.
Przejażdżka rikszami była ciekawym urozmaiceniem. Gdy dojechaliśmy z powrotem do breku rzeki Chindwin, udaliśmy się na lunch do pobliskiej restauracji. Zamówiliśmy skromnie po zupce, która okazała się być ogromną porcją, niektórzy skusili się również na krewetki w sosie słodko – kwaśnym oraz sosie ostrygowym. Do popicia jak zwykle świeżo wyciskane soki o różnych smakach oraz piwa.
Kolejnym naszym punktem programu był Sagaing. Miasto klasztorów położone na wzgórzu, na które podjeżdżaliśmy przerobionym pod turystów pick upem. Pagoda, którą zwiedzaliśmy, cała pięknie złocona z wieloma posągami Buddy, położona była na samym szczycie wzgórza, dając przy widok na całe Sagaing. Miasto to, będące przez kilka lat stolicą w XIV wieku ma nazywane jest centrum buddyjskim, gdyż mieszka w nim około 8000 mnichów i mniszek w ponad 600 klasztorach. Z tarasu świątynnego obserwowaliśmy niezliczone, złocone pagody, wyróżniające się kształtem, wysokością, wielkością i otoczone lasami najróżniejszych gatunków drzew. Do naszej świątyni prowadziły również zadaszone schody, którymi w pół godziny można było dojść na szczyt wzgórza.
Krzysztof zauważył na jednym ze zdjęć piękne posągi Buddy ustawione w rzędzie w nietypowej świątyni na kształt tunelu. Zapytał czy możemy zobaczyć i tą. Mimo, iż nie mieliśmy jej w programie, postanowiliśmy ją zobaczyć. Nikt nie żałował. Wybudowana na 44 urodziny jednego z zamożniejszych przedstawicieli Sagain, prezentowała 44 posągi ustawione w rzędzie w szerokiej, pięknie zdobionej świątyni, z czego 42 były siedzące, a 2 stojące.
Nadeszła pora powrotu pick –upem do naszego autobusu, a następnie bezpośrednio do Monywa – naszej dzisiejszej miejscowości noclegowej. Dojechaliśmy po zachodzie słońca, więc szybko położyliśmy się spać, by wypocząć przed kolejnym, długim dniem zwiedzania.
Pobudka o 6:00. Ciężko wstawało się o tak wczesnej godzinie ale mobilizacją była dla nas liczba atrakcji , które mieliśmy mieć w drodze do Pakkoku. Zaczęliśmy od wizyty w dwóch jaskiniach zlokalizowanych wzdłuż rzeki Chindwin (jednego z największych dopływów Irywady). Tysiące posągów Buddy w różnych mudrach, ukryte w niszach jednej skały piaskowca robiło niesamowite wrażenie. Pierwsza skała – Po Win Dang – była zlokalizowana na jednym ze wzgórz.W kazdej z setek nisz sklanych postawiony byl jeden posag Buddy. Shwe Ba Daung z kolei wyroznialo sie waskimi korytarzami skalnymi i wiekszymi jaskiniami, w ktorych rowniez staly posagi oswieconego. Krajobraz przy jaskiniach uatrakcyjnialy pawiany, ktore dotrzymywaly nam towarzystwa przez dluzszy czas zwiedzania.
Naszym kolejnym celem byla pagoda Thabbudday, w ktorej z roku na rok przybywa posagow oswieconego, stawianych nie tylko na ziemi, ale rowniez stosowanych jako dekoracja scian czy tarasow dachowych. Jest ich tam tysiace, a poniewaz ludzie wciaz przynosza nowe statuetki w ofierze dla swiatyni, nie sa w tej chwili dokladnie zliczone. Hlaungdawmu Budda to najwiekszy stojacy posag Buddy w mirmie. Ma 140 metrow wysokosci, pod nim zbudowany jest rowniez 110 metrowy pomnik oswieconego lezacego, a dookola znajduje sie przepiekny ogrod fikusow, pod ktorymi pieknie prezentuja sie sstatuetki siedzacego Buddy. Caly kompleks swiatynny sprawia niesamowite wrazenie.
Jako ze czas nas dzis gonil, gdyz droga do Pakkoku byla dluga, postanowilismy zjesc owocowy obiad na trasie. Zatrzymalismy sie przy jednym z ulicznych straganow, by zakupic swiezutkie melony miodowe. Pani je dokladnie umyla, pokroila i po chwili wszyscy z wielkim smakiem zajadali , proszac o dokladke. Kolejna przerwe zrobilismy przy straganie z bananami. Tu powtorzyla sie nasza uczta – 3 wielkie kiscie bananow plus sezamki na deser nasycily nas calkiem. Zadowoleni ruszylismy w dalsza droge.Okolo godzine przed docelowym miastem zatrzymalismy sie przy klasztorze Pakhangyi. Opuszczony, jeden ze starszych drewnianych klasztorow Birmy, byl bardzo podobny do tego w Mandalay. Przyjrzelismy sie architekturze, zdobieniom i wyruszylismy juz bezposrednio do Pakkoku.
W Pakkoku czekal na nas nowy przewodnik –Naj Tu. Caly czas usmiechniety, zrobil na grupie od poczatku dobre wrazenie.Mimo wczesnego wstawania i szybkiego zwiedzania na miejscu znalezlismy sie o 17:00, chwile przez zachodem slonca. Zapadla wiec decyzja, by nie splywac po nocy bez swiatel rzeka Irewady lecz zrobic 45 minutowy transfer na drugi brzeg, podziwiajac przy tym przepiekny zachod slonca. Po drugiej stronie rzeki odebral nas nowy autobus, ktorym okolo godzinke jechalismy bezposrednio do hotelu w Bagan.
Nasz hotel poprawil humory wszystkim zmeczonym dzisiejsza trasa. Dodam tu, ze jestem dumna z wytrwalosci grupy, gdyz spedzilismy w trasie 12 godzin, sporo czasu jadac autobusem. Dlatego kolacja w ogrodzie przy pieknie oswietlonej pagodzie z niesamowicie uprzejma obsluga byla dla wszystkich mila odmiana. Dzis postanowilismy rowniez nie spotykac sie na dodatkowej integracji, by moc spokojnie wypoczac po dlugim, pelnym wrazen dniu.
Rozpoczęliśmy zwiedzanie najstarzej stolicy Birmy. Ponad 3000 świątyń zgromadzonych w Bagan daje nam pogląd na to, jak wyglądało to miasto w latach swej świetności – XI –XIII wiek. Zaczęliśmy dzień od zwiedzania jednej z ponadprogramowych pagód, z której tarasów rozciągał się przepiękny widok na całe miasto. Mogliśmy więc zobaczyć z oddali świątynie, które odwiedzać będziemy przez kolejne półtora dnia. Wysokie i wąskie schody prowadzące na tarasy stupy dawały nam już przedsmak wspinaczki , która będzie nas czekać na świątyniach w Angkor Wat. Mimo obaw niektórych osób, że nie dadzą rady wejść na górę, wszyscy świetnie sobie poradzili.
Shwezigon była pierwszą, programową pagodą którą podziwialiśmy. Piękna, złota świątynia z XI wieku jako jedna z czterech zawiera replikę zęba Buddy. Wzniesiona na trzech tarasach budowla jest jednym z najważniejszych miejsc kultu w Birmie po złotej skale, którą zwiedzaliśmy na początku wyjazdu. Tu po raz pierwszy przyjrzeliśmy się pięknym terakotowym płaskorzeźbom przedstawiającym 550 scen z życia Buddy.
Wetkyi – in- Gubyaukgyi zachwycała swym jaskiniowym wnętrzem, XII wieczne freski wewnątrz świątyni obrazowały historię życia Buddy. Świątynia Htilominlo z XIII wieku prezentowała piękne 4 posągi Buddy oraz dekorowane wnętrze. Król Nauntangmya wybudował ją po tym jak został wybrany za pomocą białej parasolki jako jeden z pięciu braci na następcę króla.
O 13:00 nadszedł czas na lunch. Udaliśmy się do restauracji położonej na wzgórzu tuż nad rzeką Irewady. Widok stamtąd był piękny więc czekając na zamówione jedzenie zrobiliśmy sesję zdjęciową. Dziś na obiad jedliśmy w większości tylko zupę, zostawiając miejsce na obfitą kolację. Tylko Asia wyłamała się mówiąc, że poczeka do wieczora i nie zamawia nic. Jednak gdy pojawiły się smakowite dania, skusiła się na porcję Grzesia.
Po lunchu mieliśmy godzinną sjestę w hotelu. Część wypiła kawkę, inni wykąpali się w basenie, ja pobiegłam do miasta wrzucić relację na stronę w jedynej, okolicznej kafejce internetowej. Udało się!
O 15:00 spotkaliśmy się powrotem, by odwiedzić wspólnie warsztat przetwarzania laki. Przyglądaliśmy się uważnie kolejnym procesom przetwarzania tej żywicy i nakładania na drewno bambusowe, tekowe lub na koński ogon. Pokazano nam również jak nakłada się poszczególne kolory i wyrabia się odpowiednie wzory. Efekt po kilkumiesięcznym procesie przetwarzania i suszenia był niesamowity. Prawie każdy skusił się na jakiś mały zakup w sklepie mimo, iż na okolicznych straganach wyrobów z laki jest mnóstwo.
Zadowoleni ruszyliśmy w kierunku kolejnych dwóch świątyń : Nanphaya i Manuha. Nanphaya miała służyć za więzienie dla przetrzymywanego tam przez króla Anawrathę króla Thatona. Jest więc bardzo małą pagodą z piaskowca z wąskimi korytarzami i kratkowymi,kamiennymi oknami. Manuha zaś była wybudowana przez Thatona jako odzwierciedlenie jego uczuć w czasie, gdy był więziony. Ogromne 4 posągi buddy ( 3 stojące i jeden leżący) ledwo mieszczą się więc w ścianach pagody, sprawiając wrażenie uwięzionych.
Jako że zbliżała się godzina zachodu słońca, udaliśmy się w kierunku Pagody Shwe San Daw, z której tarasów turyści codziennie obserwują zachód słońca nad Bagan. I my poszliśmy za przykładem i wspięliśmy się na czwarty z pięciu tarasów, będąc przy tym odpowiednio wcześnie, by nie przegapić charakterystycznego dla tego regionu czerwonego słońca. Niektórzy przygotowali się profesjonalnie do sprawy: Krzysztof ustawił statyw i robił serię zdjęć, Marek obchodził świątynie by złapać jak najlepsze ujęcie w świetle zachodzącego słońca, Grzesiu tworzył piękne panoramy, reszta również próbowała swych zdolności fotograficznych, spędzając przy tym na tarasie około 45 minut. Spotkaliśmy również grupę z Polski, której opowiedzieliśmy trochę o naszej wizycie na lokalnym festiwalu balonów. Możemy czuć się dumni, że w tym uczestniczyliśmy, gdyż jest to jeden z ważniejszych festiwali na zakończenie pory deszczowej, a nie spotkaliśmy na miejscu ani jednej polskiej grupy.
Po pięknym zachodzie słońca nadeszła pora na kolację. Jako że kilka osób spytało mnie wcześniej o możliwość obejrzenia teatru lalek, postanowiłam spełnić ich życzenie. Znaleźliśmy się w najbardziej znanym teatrze lalek w Birmie, w którym godzinny spektakl podziwia się przy okazji jedzenia kolacji. Zamówiliśmy więc przepyszne świeżo wyciskane soki w różnych smakach, zajadaliśmy najróżniejsze potrawy od ryb i wieprzowinki zaczynając, na lokalnych warzywach kończąc, a w tle przygrywała nam lokalna muzyka, przy której na scenie pojawiały się nowe postaci. Pielgrzymi składający hołd Buddzie, tańczące naty, książe na koniu szukający swej księżniczki i wiele innych.
Po powrocie do hotelu trzy osoby skusiły się na masaż całego ciała z olejkami. Podczas wieczornej integracji opowiadały nam o wrażeniach, zachęcając przy tym innych odważnych do próby. Może jutro, a na pewno w Tajlandii!
Nastał ważny dzień. W komórce Krzysztofa i Eli rano zadzwoniło przypomnienie, u nas w przypomnieniach również pojawił się wykrzyknik – imieniny Grzesia! Gdy spotkaliśmy się w autobusie wszyscy zgodnie zaśpiewaliśmy sto lat, życząc naszemu solenizantowi wszystkiego co najlepsze! Wyspani i w dobrym humorze wyruszyliśmy na półdniowe zwiedzanie. Dziś w kolejności: Dhamayanggyi, Thatbyinnyu, Ananda i Ananda Okyaung.
Niektórzy byli już zmęczeni zwiedzaniem kolejnych świątyń, inni jednak zachwycali się kolejnymi detalami, gdyż każda pagoda zaskakiwała niezwykłym stylem lub historią. I tak Dhamayanggyi przypomina wielką piramidę. Nie została ukończona, gdyż jej twórca, król Narathu, w trakcie budowy został zabity przez jednego ze swych poddanych, hindusów. Thatbyinnyu, najwyższa świątynia w Bagan, mająca ponad 60 metrów wysokości, co roku wybielana w dni festiwalu, wyróżnia się na tle innych pagód, prezentując piękne, szerokie tarasy. Ananda uważana jest za najpiękniejszą, ze względu na złocony dzwon stupy, ciekawą architekturę i piękne 4 posągi stojącego buddy, z których dwa są oryginalne z XI wieku, a dwa dobudowane w XVIII wieku na miejscu starych, które zostały przypadkiem spalone. Oryginalne posągi świątyni Ananda wyróżniają się wyrazem twarzy Buddy. Gdy spojrzy się na nią z daleka, uśmiecha się do nas. Gdy podejdzie się pod posąg, twarz jest poważna. Wnętrze świątyni z wykutymi dookoła korytarzami robi niesamowite wrażenie.
Obok świątyni Ananda stała Ananda Okyaung. Wybudowana w XVII wieku, była kiedyś czynnym klasztorem buddyjskim, teraz pozostawiona dla turystów. Wewnątrz nie można robić zdjęć, gdyż ściany pokryte są pięknymi, kolorowymi freskami, opisującymi różne historie z życia Buddy. Każdy z 550 obrazków ma swe przesłanie dla ludzi, a opowieści, mimo że czasem niewiarygodne, przekazują proste prawdy życiowe, które człowiek powinien przyswajać. Piękne zakończenie dzisiejszego zwiedzania!
Pod świątynią Ananda swe zdjęcia prezentował jeden ze znanych fotografów birmańskich – Maung Maung, z którym się zaprzyjaźniliśmy. Jola kupiła od niego piękny album o Bagan, wspólnie zaś poprosiliśmy o zdjęcie zrobione jego profesjonalną ręką. Zgodził się, a pieniądze mu dane, przekazał jednej z biedniejszych pań, sprzedającej rękodzieło z laki.
Chyba wszyscy ucieszyli się na wolne popołudnie po 14 dniach intensywnego zwiedzania od rana do wieczora. W drodze do hotelu zatrzymaliśmy się na małe zakupy w sklepie spożywczym i tak zaczęła się część oficjalna naszego dzisiejszego dnia. W części nieoficjalnej wybraliśmy się na obiad, przygotowany dziś w ogrodzie hotelowym, z widokiem na stojące niedaleko stupy.
Na świeżo ściętej trawie ogrodu żółtymi kwiatami utworzony był napis: Happy namesday Grzesiu. Zaczął się czas niespodzianek dla naszego solenizanta od ESTY i od całej grupy. Sesja zdjęciowa z pięknym napisem, następnie tronowe miejsce dla solenizanta i jego mamy. Później pyszny obiad, znów składający się z kilu dań i popijany świeżymi sokami z papai, ananasa i bananów, deser w postaci zapiekanych bananów w karmelu i kolejna niespodzianka. Zza ścian pojawiła się grupa Birmańczyków niosących czekoladowy tort z życzeniami dla Grzesia, śpiewająca Happy birthday przy akompaniamencie gitary. Następnie wyrzucone zostały zimne ognie, a my wręczyliśmy nasz prezent – pionowy obraz mnichów buddyjskich, tworzony na materiale za pomocą barwionego, mieniącego się piasku.
Grzesiu uśmiechnięty, więc i my zadowoleni. Zabrał się za krojenie ciasta. Chwila na oszacowanie wielkości kawałków dla 10 osób i po chwili każdy z nas miał na talerzu pokaźny kawałek pysznego tortu, zajadając ze smakiem.
Dziś nigdzie się nam nie spieszyło, więc posiedzieliśmy chwilę dłużej przy stole by wszystkim ułożyło się tyle najróżniejszych smaków. Następnie część wybrała się na kawkę do pokoju, inni na sjestę, jeszcze inni skorzystać z kąpieli w basenie. Zasłużony odpoczynek!
W godzinach wieczornych solenizant zaprosił nas na małe przyjęcie imieninowe, podczas którego wszyscy świetnie się bawili przy lokalnych zakąskach oraz trunkach.
Nadszedł ostatni dzień naszego pobytu w pięknej i jeszcze niedawno zamkniętej na świat Birmie. Dolecieliśmy do Yangon o 9:30, gdzie odebrał nas nowy przewodnik – Set. W konkursie na najlepszych przewodników lokalnych wygrywał optymizmem oraz poczuciem humoru. Od początku więc oprócz informacji o Yangon, opowiadał nam kawały polityczne. Spodobało się nam również, że po raz pierwszy mogliśmy rozmawiać z przewodnikiem na tematy junty, gdyż zazwyczaj jest to przez wszystkich lokalnych pomijane.
Dzisiejszy program rozpoczęliśmy od wizyty w parku białych słoni. Postanowiliśmy przyjrzeć się na własne oczy słynnym symbolom władzy i potęgi narodowej. Kraje Indochin po dzisiejszy dzień rywalizują o większą liczbę tych niesamowitych i rzadkich zwierząt. Niektórzy uważają, że to zwykłe słonie albinosy, inni że to osobny, bardzo rzadki gatunek. Dwa oglądane przez nas słoniki wyglądały bardziej na jasno szare niż białe, ale przyznaliśmy rację, są wyjątkowe.
W drodze do miasta Set zaproponował, byśmy zatrzymali się w manufakturze kamieni szlachetnych. Jako że nasza grupa bardzo lubi zakupy, przystaliśmy na tę propozycję z radością. Dopiero po 30 minutach ruszyliśmy dalej. W dzielnicy kolonialnych budowli, z czasu okupacji angielskiej zrobiliśmy 45 minutowy spacer. Dziś, oprócz kilu ciekawych, opuszczonych budowli, jest tam sporo ulic biedy. Przechodziliśmy m. in. przez dzielnicę indyjską, gdzie życie toczyło się na ulicy. Garkuchnie, uliczni sprzedawcy, ciemne, zaniedbane stragany z produktami spożywczymi drugiej świeżości i wiele innych obrazków z prawdziwego życia biedniejszej części birmańskiego społeczeństwa. Kilka osób przygnębił ten widok, jednak gdy wjechaliśmy do dzielnicy chińskiej, a następnie do ścisłego centrum, atmosfera miasta się trochę zmieniła.
Obiad jedliśmy w jednej z bardziej turystycznych restauracji, jednak jedzonko, typowo lokalne, było bardzo smaczne. Furorę robiły jednak świeżo wyciskane soki, tym razem przyrządzane w ciekawy sposób. Marek i Grzesiu skusili się na sok z surowego ogórka, imbiru i soku ananasowego. My zamówiliśmy inne ciekawe mieszani. Wszystko było pyszne.
Kolejnym punktem programu był targ Scotta – największy targ w Birmie. Można tam znaleźć pamiątki z każdego regionu tego kraju, więc każdy, kto miał jeszcze jakieś braki w zakupach, mógł je uzupełnić właśnie tu. Po godzinie spotkaliśmy się zatem z całkiem pokaźnymi torbami zakupów. Nie było też problemu by na targu wymienić pieniądze, lub utargować dobrą cenę. Zadowoleni pojechaliśmy do hotelu, by zameldować się i wykąpać.
Kąpiel wszystkim była potrzebna. Po chwili orzeźwienia poczuliśmy się dużo lepiej. Mogliśmy zacząć drugą część zwiedzania. Wybraliśmy się więc nad jezioro Kandawgyi. Miejsce najbardziej znane wśród lokalnych z rodzinnych pikników i pięknych pejzaży pod sesje zdjęciowe. Dla nas interesująca była również replika złoconej królewskiej barki, którą niegdyś król miał spływać po rzece Irewady. Zrobiliśmy sobie zdjęcia parami na królewskim łożu, przyjrzeliśmy się profesjonalnym sesjom fotograficznym przypadkiem spotkanych par młodych i obserwowaliśmy, zmieniające się powoli w pomarańczowe, piękne kolory nieba.
W swietle zachodzacego slonca pojawilismy sie przy pagodzie Shwedagon. Tego miejsca nie da sie opisac. Tam trzeba po prostu byc,by poczuc jego atmosfere. Piekna, zlocona najwieksza na swiecie pagoda, otoczona jest trzystoma malymi stupami, zawierajacymi posagi Buddy,przy ktorych wierni moga sie pomodlic badz zlozyc dary. Blask czerwieniejacego slonca,odbijajacy sie w tej swietej budowli,robil niesamowite wrazenie. Miejsce uwazane za swiete, gdyz podobno przechowywane sa tutaj cztery relikwie Buddy,m.in. wlos oraz szata. Spora liczba turystow i lokalnych wiernych nie jest w stanie przyslonic czaru tego miejsca. Spora czesc naszej grupy miala dodatkowo okazje i zaszczyt poznac emerytowanego wykladowce historii na uniwersytecie w Yangon, ktoremy 11 lat temu junta wojskowa zabronila wykladania tego przedmiotu mowiac, ze przejkazuje klamstwa. Poblogoslawil on wszystkich, opowiadajac przy okazji o symbolice dni narodzin w Birmie, gdyz kazdy dzien ma swe astrologiczne uzasadnienie. Wszyscy byli zachwyceni.
Kolejnym naszym celem byl lezacy Budda - 65metrowy posag,rozniacy sie od tych,ktoremielismy juz okazje zobaczyc wczesniej postura, wyrazem twarzy i co najwazniejsze symbolika stop.Na spodzie stop mial on rozrysowanych kilkadziesiat obrazow, symbolizujacych wszechswiat i wszystko co w nimistnieje. Tak dawniej mieli opisywac swiat hindusi. Nie majac pojecia o dawnych zyciach Buddy stworzyli wlasny obraz tego co ichotacza. Duze wrazenie zrobil rowniez na nas prezentowany na jednej ztablic kamiennych list buddyjski w jezyku pali, gloszacy najwazniejsze prawdy zwiazane z ta religia. Bylo to dla nas bardzo mile podsumowanie wyjazdu. Wspolnie z Setem zastanawialismy sie nad istota wyzbywania sie pragnien i cierpienia przez czlowieka,nad mozliwoscia osiagniecia stanu ukojenia, spokoju wewnetrznego,ktorego tak wielu z nas brakuje. Medytacja pozwala na oczyszczenie umyslu i osiagniecie nirwany, do ktorej buddysci tak daza.
W spokojnej zadumie wrocilismy do autobusu,by udac sie na ostatnia kolacje birmanska. Jako ze ostatnia,nie zabraklo lokalnych dan: krakersy z tofu,zupa warzywna na bazie grochu, kielki z tofu,wolowinka w curry i mix warzyw, popijane swiezutkimi sokami owocowymi. Na deser rowniez swieze owocei herbata. Milo zakonczony dzien i pierwsza czesc wyjazdu za nami.
W hotelu spotkalismy sie jeszcze na degustowaniu lokalnego drinka: rum z miodem,limonka i lemoniada ( w naszej wersji ze spritem lub cola). Na degustacje skusil sie nawet nasz przewodnik, dla ktorego trunek ow byl za mocny, ale dzielnie wypil prawie cala szklanke. Dzis kilka osob skorzystalo rowniez z internetu, od jutra mamy juz kontakt ze swiatem. Lecimy do Kambodzy! Kolejnego, niesamowitego kraju Indochin. Pozdrawiamy!
Była 5:15 gdy budziki natrętnie zadzwoniły w naszych pokojach: Good Morning, Wake up call!! Powoli zwlekliśmy się z łóżek, ubraliśmy, uszykowaliśmy na podróż, wystawiliśmy bagaże i poszliśmy na szybkie śniadanie. Poranna kawa bądź mocna herbatka przy tak wczesnym wstawaniu się przydaje.
Po wymeldowaniu się z hotelu ruszyliśmy na lotnisko w Yangon, gdzie pożegnaliśmy się z naszym ostatnim przewodnikiem birmańskim. Dolecieliśmy do Bangkoku, gdzie 5 godzin czekaliśmy na kolejny lot. O 17:00 przywitało nas lotnisko w Pnom Penh – stolicy Kambodży. System wykupywania wiz za 20 $ jest niepowtarzalny. Przy jednej ladzie pracuje kilkunastu panów, każdy ma inne zadanie, a jest ich sporo: zbieranie kart pokładowych, zbieranie pieniędzy, przyklejanie wiz, wypełnianie wiz, pieczętowanie itp. Turyści w czasie tego długiego procesu przechodzą do drugiej kolejki, gdzie czekają, aby zostać wywołanym przez lokalnychprzez Hello i pokazanie paszportu Lub przez próbę wymowy imion obcokrajowców. I tak w naszej grupie pojawiła się Dżolanta, a większość miała tymczasowe imię „Hello”.
Po procesie przyklejania wiz przechodzi się do odprawy paszportowej, gdzie sprawdzają nam dokładnie linie papilarne, robią zdjęcie kamerką i dopiero po tej odprawie mogliśmy poczuć się wolni. Chwilę później pojawił się nasz nowy przewodnik z pięknym logo ESTY uśmiechając się z daleka. Jesteśmy na miejscu!
Do hotelu jechaliśmy 40 minut, opowiadając sobie po drodze o Kamboży i naszym najbliższym programie. Kraj ten przywitał nas opadami deszczu, mimo, iż od początku listopada panuje tu pora sucha. Zaskakujące też było zobaczenie tylu turystów naraz po 2 tygodniach całkowitego odcięcia od świata. Potrzebowaliśmy chwili czasu, by przywyknąć do nowych wrażeń. Inne, piętrowe zabudowania, lepsze samochody, mnóstwo tuk tuków i wiele innych, całkiem odmiennych obrazów.
Dziś, z uwagi na długą podróż, zjedliśmy tylko wspólną, khmerską kolację w klubie korespondentów, po czym rozeszliśmy się do pokoi, by odespać wczesne wstawanie.
Pierwszy dzień zwiedzania Kambodży. Wyruszyliśmy o 8:30 byśmy mogli odespać poprzednią noc. O poranku przywitali nas kierowcy cyclo – popularnego w Kambodży roweru trzykołowego. Każdy z nas zasiadał na wygodnym siedzeniu, kierowanym z tyłu przez indywidualnego kierowcę. Jechaliśmy tak przez zatłoczone o poranku miasto około 40 minut, mijając budynki ambasad, ministerstwa, sklepy z reklamami merry christmas and happy new year i szkoły. W Kambodży przepisy ruchu drogowego raczej nie są przestrzegane więc wjeżdżaliśmy na skrzyżowanie, bez względu na to czy ktoś nadjeżdżał z innej strony czy nie. Liczy się umiejętność ewolucji między pasami.
Zatrzymaliśmy się przed pomnikiem niepodległości Kambodży. Przypominający jedną z wież Angkor Wat pomnik nawiązuje do ważnej daty w dziejach tego kraju – 1958 – odzyskanie niepodległości. Zrobiliśmy zdjęcia, przyjrzeliśmy się zlokalizowanej obok rezydencji premiera i ruszyliśmy w drogę do pałacu królewskiego. Tam pożegnaliśmy naszych kierowców i rozpoczęliśmy zwiedzanie kompleksu pałacowego. Nasz nowy przewodnik – Sam- okazał się być historykiem z zawodu, więc opowiadał o wszystkim bardzo dokładnie i ciekawie. Sala tronowa oraz srebrna pagoda zrobiły na wszystkie duże wrażenie. Flaga wzniesiona wysoko przy rezydencji króla sugerowała, że król jest u siebie. Nie mieliśmy okazji go zobaczyć, ale za to co niektórzy zrobili sobie zdjęcie z ochroną przy samochodzie sekretarza amerykańskiego, który przyjechał właśnie do króla z wizytą.
Obiad jedliśmy w lokalnej restauracji. Na stole pojawiły się same smakołyki: zupa krewetkowa, ryba w potrawce, kurczak, pieczone warzywa i oczywiście na deser świeże owoce. Po obiedzie w pełni sił mogliśmy wyruszyć w dalszą drogę. Fakultetem na dziś były pola śmierci i muzeum – więzienie ofiar Pol Pota. Prawie jednogłośnie zdecydowaliśmy, że chcemy zobaczyć te miejsca, więc po obiedzie wyruszyliśmy bezpośrednio na pola śmierci. Tam pół godziny zdecydowanie wystarczyło, by każdy z nas miał wyobrażenie o tym, co się działo za czasów rządów Pol Pota, kiedy 2 mln mieszkańców Kambodży zostało zabitych. Wizyta w dawnej szkole, przerobionej na więzienie, uzupełniła tylko naszą wiedzę. Zdjęcia więźniów i obrazy tortur były aż nadto przekonujące. Mieliśmy okazję również poznać jedną z 7 osób, które przeżyły masowy mord 20 tys. Osób w okolicy Pnom Penh. Biorąc pod uwagę fakt tego, co Khmerzy znosili przez 4 lata panowania Pol Pota, niesamowite jest oglądanie uśmiechu na ich twarzach. Dajmy tu przykład naszego przewodnika, który gdy spojrzał na mnie, zapytał się czy jestem zmęczona. Ja odpowiedziałam, że nie zmęczona, a przygnębiona. On natomiast zaczął opowiadać, że czas goi rany i że jeszcze 10 lat temu gdy był w tym muzeum z grupami było mu bardzo ciężko, gdyż z jego rodziny również zamordowano 15 osób, w tym jego matkę. Ale po pewnym czasie Khmerzy musieli zebrać w sobie siłę i energię by wrócić do normalności.
Wsiedliśmy do naszego żółtszego autobusu i udaliśmy się do Wat Phnom. Pagody, która gra ważną istotną rolę w historii miasta. Wzgórze Phnom zostało stworzone dzięki niejakiej Penh – pani, która znalazła w rzece kłodę drzewa, z ukrytymi w środku posągami Buddy. Poleciła mieszkańcom, by stworzyli wzgórze, na którym te posągi się złoży, a następnie postawi świątynię. Tak oto mamy miasto o nazwie Pnom Penh. U stóp małego wzgórza zrobiliśmy sobie grupowe zdjęcie, po czym ruszyliśmy w kierunku centrum, by zatrzymać się przy głównym targowisku.
Ogromny, kopulasty, odnowiony budynek zachęcał okolicznych przechodniów do wejścia na chwilę i rozejrzenia się. Na zewnątrz również mnóstwo straganów, oferujących ubrania, torebki, buty, pamiątki, rękodzieła, biżuterię, zegarki, sprzęt RTV, kwiaty i wszystko inne, czego tylko dusza zapragnie. Tu nasz przewodnik wraz z kierowcą pożegnali się z nami. Mieliśmy więc czas dla siebie, a jako że większość z nas bardzo lubi zakupy, przewidziana godzina czasu zamieniła się w półtorej godziny. Gdy spotkaliśmy się ponownie na miejscu zbiórki, prawie wszyscy mieli przy sobie siatki z najróżniejszymi zawiniątkami oraz uśmiech na twarzy. No tak, wpuścić grupę z przewagą kobiet na targowisko i radość gwarantowana.
W okolicznym sklepie zakupiliśmy maść rozgrzewającą, znaną szczególnie w Indochinach – Tiger Balm. Była ona dla nas o tyle istotna, że połowę grupy złapało małe przeziębienie i nadeszła pora na konkretne działania . Alina na hasło lekarz w Kambodży zrobiła przerażoną minę i obiecała, że wyzdrowieje i musimy przyznać, że maść Tiger balm daje efekty!
Ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu wieczornym spacerkiem przez mniej turystyczne dzielnice. Po ok. 30 minutach znaleźliśmy się w hotelu, gdzie umówiliśmy się na wspólne spotkanie po odświeżającym prysznicu. O 19:30, idąc za pomysłem Doroty i Marka (dziękujemy!!!) udaliśmy się na nocną, godzinną objazdówkę 4 osobowymi tuk tukami przez miasto. Wrażenia niesamowite! Miasto jakby ożyło. Mnóstwo studentów, zmierzających motocyklami na imprezy, wieczorny aerobik nad brzegiem rzeki, turniej boksu również nad brzegiem rzeki, pomnik niepodległości, pałac królewski i największe kasyno by night – pięknie! Gdy zostaliśmy odstawieni z powrotem pod hotel, zapłaciliśmy kierowcom i ruszyliśmy do klubu korespondentów, jako że sporo osób polubiło to miejsce już pierwszego wieczoru.
W klubie zamówiliśmy dwa dzbanki z drinkami. Jako że część grupy przez cały dzień opowiadała o pysznym kubańskim Mojito, musieliśmy spróbować jak tutaj smakuje. Drugi drink był azjatycki – Singapur dream!. Wczuwając się w rolę drinkowych smakoszy, sączyliśmy nasze koktajle, dyskutując przy tym na różne tematy. Tak miłym akcentem zakończyliśmy nasz kolejny, pełen wrażeń dzień i spacerkiem wróciliśmy do hotelu. Pozostało tylko spakować się i zasnąć, by mieć tyle samo energii jutro.
Dziś budzik zadzwonił o 6:00, by szybko zjeść śniadanko i udać się punktualnie na przystań, skąd miał odpływać nasz statek do Siem Reap. Kilka rannych ptaszków wstało jednak wcześniej, by przejść się jeszcze na lokalny targ i zrobić ostatnie zdjęcia. O 7:15 dojechaliśmy nad rzekę, gdzie pożegnaliśmy naszego wyjątkowego przewodnika i kierowcę, po czym wsiedliśmy na nasz ekspresowy statek. Ania na pierwszy rzut oka stwierdziła, że wygląda trochę przerażająco, inni też nieufnie spoglądali na główną kajutę, ale gdy wyruszyliśmy i przyspieszyliśmy, wiatr we włosach i piękne widoki na rozlewiska Mekongu robiły swoje. Większość zatem rozłożyła się na zewnątrz, uważając przy tym by przypadkiem nie spaść z dachu głównej kabiny.Nasza podróż trwała 6, 5 godziny, więc mieliśmy czas na ewentualne odespanie, czytanie, bądź podziwianie krajobrazów.
O 14:00 dopłynęliśmy na miejsce, gdzie czekał już na nas nowy przewodnik - Jerry. W drodze do hotelu posłuchaliśmy trochę o zwyczajach zaślubin i pgrzebów u Kambodżan, a następnie o samym Siem Reap oraz Angkor Wat.W hotelu pół godzinki na zameldowanie i już zmierzaliśmy na obiad. Dziś restaurację mieliśmy zaraz obok hotelu, więc pyszny obiad zjedliśmy bardzo sprawnie.
Następnie ok. 16:30 wyruszyliśmy w drogę do jednej ze świątyń Angkoru– Pre Rup –gdzie wraz z dziesiątkami innych turystów podziwialiśmy zachód słońca. Co prawda ze względu na spore zachmurzenie było widać tylko czerwoną łunę, ale niebo widok był itak przepiękny.Był to dopiero przedsmak tego, co czeka nas przez najbliższe dwa dni, całkowicie poświęcone Angkor Wat.
Pobudka o 4:45. Wszyscy ambitnie wstaliśmy by o 5:15 spotkać się wspólnie przy recepcji. Pod hotelem czekały już na nas wynajęte wcześniej tuk tuki, którymi jechaliśmy około 30 minut w stronę Angkor Wat. Zatrzymaliśmy się przed głównym wejściem, by przejść następnie na teren kompleksu i zająć dobre miejsce do fotografowania. Najciekawsze zdjęcia wychodzą przy lewym stawie, gdzie 3 wieże świątyni Angkor Wat odbijają się pięknie w tafli wody. Zmiany koloru nieba trwały ok. 45 minut. Posiadacze dobrych aparatów mieli pole do popisu zmieniając co jakiś czas punkt ostrości czy czułość światła czy czas.
O 7:00 wróciliśmy z powrotem do hotelu, skąd po pysznym i obfitym śniadanku wyruszyliśmy na całodzienne zwiedzanie kompleksu Angkor. Zaczęliśmy od pięknej świątyni Preah Khan. Zbudowana przez Dżajawarmana VII w hołdzie ojcu, przypomina trochę świątynię Ta Prom, gdyż niektóre jej ściany porastają jeszcze korzenie drzew, co ukazuje niesamowitą władzę przyrody nad wszystkim, co stworzone przez ludzi. Spacer w murach Preah Khan o poranku przy porannym śpiewie ptaków wprowadził wszystkich w nastrój przygody.
Następnie udaliśmy się do jednej z okolicznych szkół, by oddać zdobyte przez nas w Polsce przybory szkolne, zabawki i cukierki. Jako że czas nas gonił, przekazaliśmy skromne dary nauczycielce, odwiedziliśmy dwie klasy, zrobiliśmy zdjęcia z niesamowicie radosnymi i pełnymi energii dzieciaczkami i ruszyliśmy na dalsze zwiedzanie. Asia postanowiła pozostawić po nas pamiątką rysując kredą na tablicy piękną, uśmiechniętą buźkę z pozdrowieniem.
Zatrzymaliśmy się przy Mebon. Piękna świątynia z X wieku, zbudowana na wyspie w miejscu, gdzie kiedyś znajdował się ogromny zbiornik wodny, poświęcona jest Bogu Śiwie i zbudowana w hołdzie rodzicom przez Rajendravarmana II. Kilkustopniowe tarasy i pięć wież były główną atrakcją tego miejsca. Świątynia Ta Som, będąca kolejnym naszym celem, jest mniejszą budowlą z XII wieku, zbudowaną przez Dżajawarmana VII jako druga świątynia w hołdzie dla ojca. Neak Pean była ostatnią świątynią, którą zwiedzaliśmy przed lunchem. Kolejna buddyjska świątynia, zachwycała zdobieniami oraz wyróżniała się swym położeniem na wyspie, wokół której dawniej znajdował się zbiornik wodny.
Lunch jedliśmy w restauracji naprzeciwko Angkor Wat. Dziś w menu była zupka warzywna, krewetki, kurczak w mleczku kokosowym, warzywa gotowane na parze, ryż i oczywiście na deser świeże owoce. Zamówiliśmy świeżo wyciskane soki, nie tak pyszne jak te w Birmie (wspominane przez wszystkich każdego dnia, ze względu na swą gęstość i smak) ale świeże i również smaczne.
Nadszedł czas na symbol narodowy Kambodży – zwiedzanie Angkor Wat, którego obraz przedstawiony jest również na fladze narodowej tego kraju. Tu na zwiedzanie poświęciliśmy 2 h. Zaczęliśmy od wschodniego wejścia na teren kompleksu, gdzie znajduje się pomnik Śiwy, spacerując następnie główną trasą w kierunku głównej świątyni, mijając po drodze dwie biblioteki i staw. W galeriach przyświątynnych spędziliśmy trochę więcej czasu, by przyjrzeć się dokładnie przepięknym reliefom naściennym, stworzonym na długości 900 metrów, przedstawiającym najpierw historię eposu Ramayana, następnie walkę Khmerów z muzułmanami, życie codzienne Khmerów w czasach królestwa Angkor oraz co najważniejsze – ubijanie piany w oceanie mleka – walkę między Bogami i Demonami, których sędzią był siedzący w centrum Bóg Śiwa.
Ze względu na wysoką temperaturę oraz dużą wilgotność powietrza, wszyscy byli dziś bardzo osłabieni, przez co zwiedzanie szło nam dużo wolniej, niż w Birmie. Częściej robiliśmy postoje, by móc złapać oddech i odzyskać trochę energii. Na zakończenie wspięliśmy się wspólnie na piętro głównej świątyni, by tam podziwiać piękne posągi Buddy oraz widok na okoliczny dziedziniec. W drodze ku wyjściu zatrzymaliśmy się na chwilę przy straganach z chłodnymi napojami by podładować akumulatory i udaliśmy się z powrotem do autobusu.
Na zakończenie dzisiejszego dnia perełka kompleksu Angkor – świątynia Ta Prohm. Zbudowana przez Dżajawarmana VII w hołdzie matce, jako jedna z nielicznych wciąż obrośnięta częściowo przez bezwzględne drzewa dżungli. Jak większość odnalezionych świątyń Angkoru, poddana nieustannej renowacji, przypominała częściowo nowy plac budowy. W części rozebrana do fundamentów, z poustawianymi w rzędach oznaczonymi odłamkami skalnymi, przygotowanymi do ponownego złożenia, niczym puzzle. Świątynię tą zwiedzaliśmy aż do zachodu słońca. Jako że powoli zaczęło się robić ciemno, a w okolicy rozbrzmiały odgłosy dżungli, korzenie obrastających ściany drzew zaczęły przypominać szpony potworów, niczym w najlepszej powieści fantasy. Strażnicy zaczęli nas popędzać do wyjścia, jako że od 3 lat przebywanie na terenie kompleksu Angkor po zachodzie słońca jest zabronione. Pojawił się jednak problem. Grupa zachwycona atmosferą świątyni postanowiła się rozejść. Chwilę temu widziane osoby, nagle znalazły się w innych miejscach rozległego korytarza Ta Prohm, przez co nawet nie zauważyły, gdy grupa zniknęła. Wybrańcami, pochłoniętymi przez szpony żyjącej świątyni dżungli byli: Asia, Grzesiu i Marek. Gdy doszliśmy z resztą grupy do wyjścia po drugiej stronie, grupa czekała, my poszliśmy z Jerrym na zwiady. Następnie rozdzieliliśmy się. Przewodnik wrócił do grupy i umówiliśmy się, że spotkamy się po drugiej stronie świątyni, gdzie ja zbiorę resztę. Okazało się , że nasze 3 zguby, przez to że zostały chwilę dłużej, zostały wysłane przez strażnika z powrotem do punktu wyjścia, czyli strony wschodniej świątyni. Zbiórka była natomiast na zachodniej. Spotkałam wystraszonych już z lekka Asię i Grzesia po wschodniej stronie i poszłam wraz z nimi w kierunku drogi, by czekać na busa. Marka jednak nie było. Pozostało nam wierzyć, że Jerry wziął go z drugiej strony. Dla pewności jednak zmobilizowałam cały łańcuch lokalnych, stojących przy wschodnim wejściu, by w razie zobaczenia wysokiego Pana ( oczywiście podanie dokładnego rysopisu było obowiązkowe) przysłali go do mnie. Gdy przyjechał autobus, okazało się, że Marek siedzi w środku. Co za ulga. Wszyscy są na miejscu.
Marek długo jeszcze opowiadał nam historię swego zagubienia. Gdy strażnik odesłał go do wschodniego wejścia, zapytał z jakiej jest grupy. Gdy usłyszał, że z Polskiej, podwiózł Marka osobistym motocyklem do zachodniego wyjścia, byśmy mogli go stamtąd odebrać. Jednym słowem minęliśmy się. Marek natomiast bardzo miło wspominał wyróżnienie jazdy motorkiem ze strażnikiem. Asia przyznała, że pobyt w pustej świątyni Ta Phrom bardzo pobudził jej wyobraźnię, przez co czuła się trochę jak w filmie grozy. Wszystko jednak zakończyło się dobrze. Możemy jednocześnie przyznać, że wybór tej świątyni do kręcenia filmu Tomb Raider był bardzo dobry.
Tak miło i intensywnie spędzony dzień, trzeba było odpowiednio zakończyć. Po przyjeździe do hotelu i szybkim prysznicu część wybrała się na okoliczny targ, część na kolację, a o 21:00 wspólnie spotkaliśmy się na integracji w luksusowym salonie Marka i Doroty, omawiając przy okazji program na kolejny dzień.
Jako że wczorajszy dzień był bardzo wyczerpujący, postanowiliśmy wspólnie zawęzić nasz dzisiejszy program i zrezygnowaliśmy z wizyty w grupie Rolus. Zaczęliśmy dzień od wizyty w Srai Srang na wschodzie słońca. Miejsce przepiękne. Dawny basen króla Dżajawarmana VII, przypominający wielkością bardziej jeziorko, przepięknie odbijał promienie wschodzącego słońca. Niebo stopniowo zmieniało barwy, rozjaśniając się z każdą minutą coraz bardziej. Wygodne było również to, że nie otaczał nas tłum, lecz skromna grupa turystów. Jako że naprzeciwko znajdowała się świątynia Banteay Kdei. Położona na wyspie świątynia buddyjska, była kiedyś otoczona wodą zbiornika wodnego, więc można było dopłynąć do niej tylko bambusową łódką.
Wróciliśmy do hotelu ulubionymi przez wszystkich tuk tukami. Tam na śniadanku spotkaliśmy Asię i Grzesia, którzy postanowili dziś pospać dłużej. O 8:30 wyruszyliśmy w drogę, by zwiedzać kolejne cuda Angkoru. Zaczęliśmy od Banteay Srai, świątyni zlokalizowanej 37 km od Siem Reap. Niewielka budowla z XX wieku zachwycała swym nietypowym kolorem różowego piaskowca oraz bogatą i szczegółową ornamentyką. Z uwagi na niezwykle precyzyjne rzeźbienia i ogromną liczbę turystów centrum świątyni zostało odgrodzone, co ułatwiało robienie ładnych zdjęć.
W drodze powrotnej do centrum kompleksu Angkor zatrzymaliśmy się w jednej z wiosek, w której tubylcy produkują cukier palmowy. Mogliśmy więc przyjrzeć się produkcji cukru jak i cukierków, oraz spróbować tych niesamowicie słodkich smakołyków.
Kolejnym naszym celem był kompleks Angkor Thom. Ostatnia stolica imperium Khmerskiego, przed przeniesieniem do Pnom Penh. Zaczęliśmy od centralnej, najpiękniejszej świątyni – Bayon. Zachwyca ona swym niezwykłym zabudowaniem, przedstawiającym 54 wieże z 4 twarzami zwróconymi w 4 strony świata na każdej z nich. Źródła przekazują, iż twarze te mają przedstawiać wizerunek Buddy lub Dżajawarmana VII, który był jednym z najbardziej czczonych króli Imperium Khmerów. Pokaźna świątynia Bayon, zachwycała również swymi galeriami, zlokalizowanymi wokół budowli, gdzie po raz kolejny mogliśmy podziwiać piękne reliefy. Tym razem przyglądaliśmy się życiu codziennemu Khmerów z tamtego okresu. Zachwyceni udaliśmy się spacerkiem w kierunku kolejnych zabytków. Po drodze mijaliśmy otwartą niedawno po częściowej renowacji świątynię Baphuon. Ukończona w roku 1060, wyróżnia się swym kształtem, przypominając bardziej piramidalne wzgórze świątynne. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości wspinaczki na górę, by podziwiać najbliższe krajobrazy. Tu również kiedyś znajdował się zbiornik wodny, dlatego droga do świątyni wiodła długim, wąskim pomostem.
Spacerując dalej, doszliśmy do tarasu słoni. Zbudowany przez Dżajawarmana VII, miał być miejscem obserwacji parad i ceremonii na placu królewskim. Ok. 300 metrów ścian, pokrytych płaskorzeźbami słoni łączyło się następnie z kolejnym tarasem – trędowatego króla. Było to z kolei miejsce kremacji zwłok. Nazwa powstała od zlokalizowanego tam posągu, który według niektórych przypomina cierpiącego na trąd króla, założyciela pierwszego miasta Angkor. Według innych jest to posąg hinduskiego boga śmierci – Yamy.
Jako że niebo było dziś zachmurzone, opcja kolejnego zachodu słońca wśród świątyń przepadła. Część z nas chciała skorzystać z lotu balonem na sznurku, by podziwiać piękny Angkor z wysokości 150 metrów, okazało się jednak, że jest dziś zbyt wietrznie i balon może wznieść się tylko na wysokość 50 metrów. Zrezygnowaliśmy również z tej opcji. Wróciliśmy do hotelu, gdzie każdy oddał się chwili relaksu. O 19:00 spotkaliśmy się ponownie, by wspólnie udać się na pożegnalną kolację do teatru – restauracji. Tam każdy z nas otrzymał pięknie przyozdobioną tacę z najróżniejszymi potrawami, które popijaliśmy złotymi napojami bądź sokami owocowymi. O 20:30 zaczął się godzinny spektakl, przedstawiający taniec Bogiń Apsar, taniec rybaków oraz piękną historię hinduskiego eposu Ramayana. Spektakl wszystkim się podobał. Po powrocie do hotelu, wybraliśmy się wspólnie spacerkiem na targ nocny. Postanowiliśmy zrelaksować się trochę po intensywnym zwiedzaniu i zamówiliśmy sobie wspólnie masaż nóg.
Rozsiedliśmy się w ośmiu stojących obok siebie fotelach, a naprzeciwko nas usiadły nasze masażystki. Nasz 40 minutowy masaż okazał się nie tylko niezwykle relaksujący ale również rozweselający. Dorota i ja z trudem wytrzymywałyśmy łaskotki, Ania, Jola oraz Alina ćwiczyły z wesołymi Khmerkami angielski, Asia, Marek i Grzesiu robili zdjęcia, kręcili filmy. Wszyscy zdziwiliśmy się, gdy oprócz masażu stóp otrzymaliśmy dodatkowo masaż kręgosłupa. Postanowiliśmy więc dać napiwek naszym wytrwałym masażystkom. Grzesiu natomiast zostanie zapamiętany przez swoją masażystkę na zawsze. Ta, skupiona na swym trudnym zadaniu masażu kręgosłupa, chwyciła Grzesia za rękę chcąc ją rozciągnąć. Grzesiu wystraszony nagłym chwytem, pociągną masażystkę do siebie podnosząc ją tym samym nad siebie. Wszyscy, łącznie z masażystkami, wybuchnęliśmy śmiechem. Kto by pomyślał, że zasady samoobrony można stosować również przy okazji masażu.
Po tak miłym odprężeniu, udaliśmy się jeszcze na ostatnie zakupy, a następnie do hotelu, by wyspać się przed kolejnym, długim dniem.
Dziś tylko u trzech osób natrętnie zadzwoniły budziki o 4:45. Ja, Grzesiu i Krzysztof spotkaliśmy się przy recepcji o 5:15 i udaliśmy się wspólnie wcześniej zarezerwowanym tuk tukiem na ostatnie oglądanie wschodu słońca. W planach mieliśmy wspinaczkę na Phnom Banang, jednak turystów wpuszczano tam dopiero o 6:30, więc postanowiliśmy powtórzyć wizytę w Angkor Wat. Nie żałowaliśmy, gdyż tym razem wschód był jeszcze piękniejszy. Na niebie pojawiło się dużo więcej barw i co najważniejsze, wyszło również słońce. Godzinę później udaliśmy się do Phnom Bakang. Kierowca Tuk tuka podwiózł nas pod zbocze wzgórza, gdzie wspinaliśmy się jako jedyni turyści wraz z zmierzającymi tam również lokalnymi robotnikami. By nie spóźnić się na wspólną zbiórkę, narzuciliśmy sobie szybkie tempo, jednak wszyscy świetnie sobie poradzili.
Wspaniałe było zobaczenie zawsze zatłoczonej przez turystów świątyni o poranku, gdzie oprócz nas i lokalnych nie było nikogo. Wspięliśmy się po stromych i wąskich schodach na najwyższy taras, przyjrzeliśmy się ornamentyce zniszczonych częściowo wież, przyjrzeliśmy się krajobrazom, obserwując z oddali pośród drzew wieże Angkor Wat oraz jezioro Tonle Sap oraz zrobiliśmy całą sesję zdjęciową dokumentując jednocześnie naszą obecność w tym miejscu.
Wracaliśmy drogą dla słoni, gdyż robotnicy zamknęli nam główne wejście. W hotelu znaleźliśmy się 45 minut przed zbiórką, tak więc znalazł się czas nawet na śniadanie i szybkie pakowanie. O 8:30 wyjeżdżaliśmy z Siem Reap, by udać się na granicę z Tajlandią. Droga trwała 2,5 godziny. Na trasie zatrzymaliśmy się w wiosce, gdzie tworzone są rzeźby z kamienia. Panie skusiły się na zakup nietypowych kamieni do peelingu ciała. Po kilku przerwach na zdjęcia, znaleźliśmy się w końcu przy granicy. Tam pożegnaliśmy ciepło naszego przewodnika i kierowcę, oddaliśmy duże bagaże w ręce zaufanego tragarza i ruszyliśmy na pieszą przeprawę przez granicę. Niektórzy poczuli się jak w latach studenckich. Staliśmy wraz z tłumem innych turystów, odprawiając się po kolei około półtorej godziny. Wymagało to niesamowitej cierpliwości, ale udało się. W końcu znaleźliśmy się w Tajlandii.
Na granicy czekał już na nas nasz kolejny przewodnik – Tham. Okazało się, że w dalszą drogę jedziemy dwoma busami. Początkowo chcieliśmy jechać wszyscy razem jednym busem, co przeraziło naszego przewodnika i kierowcę. Ostatecznie Ania, Alina i Jola jechały wraz z Thamem, ja z resztą jechałam w drugim pojeździe. Busy bardzo komfortowe, pozwoliły nam na spędzenie 3,5 godzinnej trasy w pozycji pół horyzontalnej, przez co prawie każdy uciął sobie krótką drzemkę. Zrobiliśmy sobie również przerwę na pyszną kawę i rozprostowanie nóg. Na przystani znaleźliśmy się ok. 16:30, a statkiem na Koh chang wypływaliśmy wraz z zachodem słońca, przez po raz kolejny mogliśmy oddać się pasji fotografowania.
20 minut później byliśmy już na wyspie. Tam około 30 minut jechaliśmy do naszego hotelu – Tropicana. Po drodze wymieniliśmy również dolary na Bahty (lokalna waluta Tajlandii). Po godzinnej przerwie na prysznic udaliśmy się wspólnie spacerkiem na kolację. Zamówiliśmy typowo lokalne dania: mięsko w zielonym curry, czerwonym curry, mleczku kokosowym, krewetki, sajgonki. Okazało się jednak, że mimo wyraźnego zaznaczenia, że potrawy nie mają być spicy (ostre) ledwo radziliśmy sobie z przegryzaniem kolejnych kawałków, popijając je za każdym razem świeżo wyciskanymi sokami. Wywołało to kolejną falę śmiechu i przywołało całą obsługę, która wystraszyła się trochę naszego zachowania pytając czy wszystko w porządku. Wszyscy zrobili się dziwnie purpurowi na twarzach, oddychając głęboko by załagodzić pikanterię potraw. Na szczęście na deser pojawiły się nieostre owoce. Kilka osób skusiło się również na naleśnika bananowego z miodem i sosem kasztanowym. Po tak pobudzającej kolacji wszyscy oczyścili sobie całkowicie drogi oddechowe.
Po powrocie do hotelu bardziej wytrwali spotkali się jeszcze na wspólnej integracji w pokoju, część udała się spać, z radością uświadamiając sobie, że jutro żaden natrętny budzik nie zadzwoni i możemy spać do woli.
Addendum: Mniej więcej od 20 dnia wyjazdu do naszej grupy wtargnął mały , nieznośny wirus. Zaczęło się od nieśmiałego kaszelku Aliny, później był już wielki kaszelek Aliny i nieśmiały Ani, następnie przeszło również na Asię, Jolę i mnie. Dzień później również Grzesiu i Ela się poddali. Na szczęście grupa jest świetnie przygotowana: wymieniamy się zapasami leków oraz stosujemy lokalne metody : wdychanie olejku z eukaliptusa i mięty, wcieranie maści z tygrysa. Kilka osób pozostaje twarda na groźby nieznośnego wirusa i mamy nadzieję, że tak pozostanie! Pogoda na rajskiej, górzystej wyspie Koh Chang uzdrowi każdego! Pozdrawiamy!
Pewnie się zastanawiacie co nowego u nas słychać. Otóż 3 dni relaksu udzieliły się każdemu, przez co nie mieliśmy kontaktu ze światem, ale już spieszymy pisać, że u nas wszystko w jak najlepszym porządku. Wypoczęliśmy, popływaliśmy, nabraliśmy kolorów i oczywiście nie obyło się bez przygód.
Pierwszy dzień pobytu w hotelu Tropicana był dla nas pierwszym dniem wyspania i odprężenia. Każdy wstał zgodnie ze swymi przyzwyczajeniami. Spotkaliśmy się na śniadanku na tarasie tuż przy brzegu morza, szum fal oraz piękne widoki na pobliskie wysepki stworzyły wizję niebiańskiego raju. Po śniadanku czas na sjestę oraz plażowanie. Z rana woda była bardzo blisko naszych leżaków, po południu trzeba było przejść kilkaset metrów by móc się dobrze zanurzyć i popływać. Dno morskie okazało się być zdradliwe, ponieważ mniej więcej połowa grupy ma pamiątki w postaci ran na stopach. Kamienie nie zawsze były widoczne, więc najpewniej pływało się w specjalnie przez niektórych przywiezionych gumiakach.
O 18:00 wszyscy spotkaliśmy się pod recepcją by wspólnie wybrać się na obiad do centrum. Zamówiliśmy taksówkę hotelową i zaprzyjaźniliśmy się z naszym kierowcą – Liczem. Wysadził nas przy głównej ulicy i umówiliśmy się z nim na spotkanie o 21:00. Na kolację wybraliśmy się do okolicznej knajpki, gdzie Dorota, Marek oraz Grzesiu zamówili od dłuższego czasu upragnioną ośmiorniczkę, część skusiła się na krewetki z orzechami nerkowca lub w wywarze czosnkowym, część pozostała przy najbardziej popularnym- kurczaku w sosie słodko- kwaśnym lub z orzechami nerkowca. Obsługa po raz kolejny miała największy problem z rozliczaniem naszego jedzenia, gdyż na hasło oddzielny rachunek wszyscy Tajowie są przerażeni.
Nadeszła pora na shopping – perełki, kamienie szlachetne, pareo, sukienki i wiele innych rzeczy pojawiało się w naszych rękach. Spacerując od straganu do straganu doszliśmy do Fish spa. Udało się znaleźć to na co większość czekała – masaż rybek. Dużo słyszy się o słynnych w Tajlandii rybkach garra rufa, które wyjadają stwardniały naskórek stóp i nóg, by później dać efekt gładkiej skóry. Wiele się również słyszy o wrażeniach związanych z tym masażem. Osoby wrażliwe na łaskotki mają nie lada zadanie, by wytrwać przez kilkanaście minut w akwarium pełnym rybek.
Udało się. Na masaż dziś skusiła się połowa grupy. Wszyscy po kolei mieli najpierw myte nogi, następnie w tym samym momencie wkładali je do akwarium, tak by rybki mogły podzielić się swym pożywieniem. Najpierw Alina z Anią. Pierwsze wrażenie było nie do wytrzymania. Wybuch śmiechu, krzyki , komentarze i tak na przemian. Po 10 minutach było już trochę lepiej i dziewczyny powoli się przyzwyczajały. Następni byli Krzysztof z Elą – tu znów na twarzy Eli pojawił się uśmiech i co jakiś czas nogi zamiast w akwarium, lądowały na zewnątrz. Po 5 minutach jednak również można było się przyzwyczaić. Ostatnim dzisiejszym ochotnikiem był Grzegorz- dostał całe akwarium z małymi rybkami dla siebie, lecz gdy włożył nogi do wody, na jego twarzy zamiast uśmiechu pojawiło się zdziwienie, gdyż peeling był zbyt delikatny. Został przeniesiony do akwarium z większymi rybkami. I te nie wywołały u niego salwy śmiechu, jednak wrażenie ocenił jako niesamowicie przyjemne i postanowił skorzystać ze spa ponownie kolejnego dnia.
Po przyjemnym masażu rybek wróciliśmy naszą taksówką do hotelu, gdzie wybraliśmy się jeszcze na mały, nocny spacer po niezwykle rozległej na skutek odpływu plaży. Mała uczta w postaci kandyzowanych owoców umiliła nam jeszcze bardziej wieczór i tak miło wypoczęci udaliśmy się do swych pokoi.
Nadszedł czas na skorzystanie z atrakcji wyspy Koh Chang. Dziś prawie każdy z nas skusił się na jakieś urozmaicenie dnia, mimo, że wcześniej planowaliśmy tylko leniuchowanie na złotej plaży. Krzysztof z Elą postanowili skorzystać z oferty proponowanej przez lokalne biuro i wybrali się na całodzienny rejs ze snorklingiem na mniejsze wysepki Koh Chang, W cenie mieli również tradycyjny obiad. Wrócili miło zmęczeni i zauroczeni pięknem podwodnego świata. Pokazywali nam zdjęcia najróżniejszych kolorowych rybek oraz koralowców. Ela była tym bardziej dumna, że po raz pierwszy odważyła się na snorkling.
My nie pozostaliśmy gorsi. Postanowiliśmy wybrać się na spacer do najbliższego wodospadu – ok. 2,5 km w jedną stronę. Szliśmy godzinkę, mijając po drodze schroniska dla słoni, przyuliczne bary z owocowymi sokami, restauracje i domy lokalnych. Początkowo trasa wiodła główną ulicą, następnie, po opłaceniu biletu 200 baht za wejście do rezerwatu szliśmy gęstym lasem wzdłuż strumienia, podziwiając przy okazji piękne widoki. Nasz cel okazał się wysokim na 30 metrów, wąskim wodospadem z jedną głębszą (do 4m) kaskadą, i jedną płytszą (ok. 50 cm), z których następnie płynął strumień w dół.
Z początku wahaliśmy się, czy wskoczyć do wody przy takiej głębokości. Zachęcił nas młody turysta, który wskoczył do wody na główkę i z radością pływał, kusząc nas przy tym do próby. Pierwszy odważny był Marek. Niepewnie podszedł do tafli wody, rozpoznając grunt i najlepsze przejście do wody. Następnie zjawił się Grzegorz, chwilę później byli już w wodzie, namawiając nas byśmy też weszły. Skusiłam się. Woda była idealna. Chłodniejsza niż w morzu, przyjemnie orzeźwiająca. Chwilę później namówiliśmy również Anię, Alinę oraz Asię by weszły do wody. Udało się. Nikt nie żałował, nawet Dorota skorzystała z chłodzącej kąpieli w płytszej kaskadzie.
Pod wodospadem, spędziliśmy dobre 2 godzinki, kąpiąc i opalając się na gorących skałach naprzemiennie. Ok. godziny 13::00 zdecydowaliśmy się na powrót, by móc skorzystać również z uroków plaży przymorskiej. Wracaliśmy chwilę dłużej, gdyż po drodze zatrzymaliśmy się na świeżo wyciskany sok z ananasa. Jako że było nam potwornie gorąco, wszyscy poza Asią skusili się na sok z lodem. Później żałowaliśmy naszej decyzji. Okazało się, że sok ma więcej lodu niż samego smaku. Lód jednak był niesamowicie orzeźwiający.
Po powrocie do hotelu wybraliśmy się na plażę, kawkę, do basenu, jednym słowem kontynuacja relaksu. Jola, która postanowiła pozostać na miejscu, również wyglądała kwitnąco. Widać było, że takiego relaksu potrzebowała.
O 18:30 spotkaliśmy się wszyscy przed pokojami, by wspólnie wybrać się na kolację pożegnalną. Wybraliśmy restaurację zaraz przy plaży, zlokalizowaną niedaleko naszego hotelu. Tam większość z nas zamówiła owoce morza bądź rybki. Jako że dziś na plaży skusiłyśmy się na zakup pięknych, letnich sukienek, postanowiłyśmy ubrać je na okoliczność kolacji. Panowie mieli więc pole do popisu, robiąc nam długą sesję zdjęciową. Nie zabrakło oczywiście czasu na sesję również z panami.
Postanowiliśmy wybrać się raz jeszcze do centrum, by zakupić ostatnie pamiątki (patrz: perły) i po raz ostatni skorzystać z fish spa. Dziś na ten niezwykły masaż skusiły się również Dorotka i Asia, które wczoraj jeszcze oswajały się z myślą otoczenia przez skubiące rybki. Ponownie naszemu masażowi towarzyszyło mnóstwo śmiechu, którego po prostu nie dało się powstrzymać. Z uśmiechem wracaliśmy do hotelu, przygotowując się przy tym na ostatni dzień pobytu i powoli szykując się na poranne pakowanie.
Należy tutaj dodać, iż nasze pakowanie nie było by tak komfortowe gdyby Marek nie posiadał małej, podręcznej wagi, z którą chodził od pokoju do pokoju, by uświadomić nam ile kilogramów nadwagi mają nasze walizki. Zważając na liczbę pamiątek zakupionych przez cały, prawie miesięczny wyjazd, domknięcie bagaży może być trudne.
Nadszedł ostatni dzień naszego wyjazdu. Zbiórkę mieliśmy przewidzianą na godzinę 15:00 więc każdy z nas starał się jak najlepiej wykorzystać ostatnie chwile na wyspie. Od rana pyszne śniadanko, następnie krótkie pakowanie i plaża! Opalanie, kąpiel w przyjemnej morskiej wodzie, basen, ostatnie zakupy i o 12:00 musieliśmy wymeldować się z pokoi. Zostawiliśmy bagaże w jednym pomieszczeniu i kontynuowaliśmy ostatnie godziny plażowania. O 14:45 wszyscy punktualnie stawili się na zbiórce. Kierowcy busów już czekali na nas, więc spakowaliśmy się sprawnie i chwilę później już zmierzaliśmy w kierunku promu, którym przeprawiliśmy się z wyspy na stały ląd. 45 minut później byliśmy już na lotnisku.
Lotnisko w Trat należy do tych oryginalnych. Kilka otwartych, drewnianych pawilonów, pokrytych dachem ze strzechy, podzielonych na halę odlotów, przylotów i miejsce odpraw. Była również restauracja, gdzie można było skorzystać z darmowego Internetu przy okazji popijania kawki, a w hali odlotów darmowe przekąski i napoje. Krajobraz również nietypowy. Pięknie przycięty zielony dywan trawy, na którym gdzieniegdzie wkomponowane były rzeźby słoni wycięte z żywopłotu, co jakiś czas pojawiały się również kwitnące krzewy. Nikt nie spodziewał się lotniska tego typu, a tu miła niespodzianka. Czas oczekiwania na samolot minął zatem sprawnie i w miłej atmosferze, a by nie było nudno, Grzesiu co chwila robił nam nieoczekiwane sesje zdjęciowe, niekoniecznie zawsze ładne, ale na pewno śmieszne.
Do Bangkoku lecieliśmy godzinę. Tam musieliśmy odprawić bagaże od nowa, tym razem już bezpośrednio do Polski. Jako że mieliśmy 5 godzin przerwy, znalazła się chwila na kawkę, małą przekąskę czy zakupy. Każdy z nas również obowiązkowo się przebrał w cieplejsze ubrania, by nie odczuć szoku termicznego po powrocie do Polski. O 00:25 nasz samolot linii Finnair wylatywał z Bangkoku do Helsinek i leciał 10 h i 40 minut Powrót dłużył nam się trochę, a jednak udało się przetrwać i o 6:30 znaleźliśmy się w końcu w Finlandii. Tam 2 godzinki na przesiadkę i o 8:30 wylatywaliśmy już do Warszawy. O 9:25 nasz samolot wylądował bezpiecznie na lotnisku Chopina w Warszawie, a my, mimo że szkoda było się żegnać, cieszyliśmy się, że tak miło spędziliśmy wspólny czas, a przygody które nas spotkały oraz wrażenia pozostaną na zawsze.
Nasz wspólny wyjazd trwał prawie miesiąc i należał do ambitniejszych jeśli chodzi o program. Nie było czasu na błogie lenistwo, dopóki nie wylądowaliśmy na Koh Chang. Dlatego też każdy dzień był pełen wrażeń i niespodzianek. Wrażenia po zwiedzaniu tak wielu świątyń, a niespodzianki, by urozmaicić nam trochę wspólnie spędzony czas.
Birma była dla nas odkrywaniem nieznanego i tajemniczego. Była wyzwaniem, ponieważ byliśmy zdani wyłącznie na siebie, nie mając kontaktu z naszymi bliskimi, przyjaciółmi. Kambodża była potwierdzeniem tego, że na świecie istnieją cuda architektoniczne, o których istnieniu jeszcze niedawno ludzie nie wiedzieli. Jest to również kraj ludzi silnych i ambitnych, gdyż po takiej tragedii, jaką Khmerowie przeżyli za czasu panowania Pol Pota, nie jest łatwo się podnieść. Tajlandia była dla nas chwilą na wyciszenie i relaks. Wszędzie pięknie świeciło nam słońce, które teraz wszyscy przywozimy do Polski, by świeciło i tu jak najdłużej.
Pozdrawiamy i do zobaczenia na kolejnej wyprawie!!!
Ciekawostki:
Po przylocie na lotnisko w Warszawie Marek zorientował się, że w jego plecaku cały czas schowany był scyzoryk, którego na żadnej odprawie nie zauważono.
Mimo, iż nasza grupa była jedną z czołowych w historii Esty pod względem liczby zakupionych upominków, nikt z nas nie został cofnięty przez obsługę za nadbagaż!.
Po 2 dniach relaksu na Koh Chang prawie wszyscy wykurowali się z chwilowego przeziębienia, a Marek, Dorota oraz Krzysztof do końca wyjazdu pozostali zdrowi.
Hasłem przewodnim wyjazdu stał się POLAREK. Wspólnie z Win ( naszą przewodniczką w regionie Shan) dbałyśmy o to, by grupa przy okazji wizyty w wiosce Pao nie zmarzła podczas spaceru i zarządziłyśmy wzięcie polarków. Należy jednak dodać, że dla mieszkańców Indochin temperatura niska to 20 stopni, tak więc polarki okazały się być zbędnym balastem. By wyrazić wdzięczność za mą dbałość o zdrowie innych, grupa nazwała mnie od tego dnia POLARKIEM, a na każde hasło o wzięcie czegoś cieplejszego do ubrania przypominał nam się ten słynny, chłodniejszy dzień.