Wszystko ok. tylko z internetem słabo - piszę właśnie jedną ręką drugą trzymając klawiaturę przy ekranie bo zgasło światło. Wyślę tekst a potem powalczę ze zdjęciami, chociaż przy tej prędkości wątpię, czy mi się uda.
Podróż minęła ok. Na lotnisku nikt na nas nie czekał, ale potwierdziła się opinia o życzliwości Kubańczyków - po nitce do klebka dotarliśmy do naszego przewodnika, który wcale nie był zestresowany tym, że go nie było tam gdzie powinnien. Ale przynajmniej zna angielski - nie jest to Szekspir ale można się dogadać, więc odetchnąłem. Wieczorny przejazd ulicami Hawany zrobił na nas dość dziwne wrażenie - kompletnie wyludnione ulice, ani jednego samochodu (przepraszam,
wyprzedziliśmy jednego malucha) ani człowieka tylko na wydawałoby się - oudziu kilkudziesięecioosobowa kolejka po chleb.
Nasz hotel jest w dzielnicy Miramar, pięknie położony wśród bujnej roślinności, tyle że oprócz hoteli i ambasad nic tu nie ma. Ale 5 gwiazdek, monumentalne lobby, pokoje wielkości boiska piłkarskiego,
czysto i ogólnie bardzo ok. Śniadanie super.
Jesteśmy już po przedpołudniowym zwiedzaniu Hawany - faktycznie jest tu w powietrzu coś takiego, że zaczynasz przebierać nogami w rytmie salsy ....
Po  samochodowym zwiedzeniu części rewolucyjnej z 11 piętrowym portretem Che na fasadzie MSW całe przedpołudnie chodziliśmy po starej Hawanie.
Cudowne miasto, niestety w dużej części bardzo zniszczone, ale widać, że coś zaczyna się dziać - wiele obiektów w restauracji.
Piliśmy Mohito i jedliśmy lunch u Hemingway'a; wszyscy zdrowi i w dobrych nastrojach.
Wieczorem idziemy na nadmorski bulwar i strzelanie z armaty.
 

Drukuj
strona
projekt i wykonanie strony: yanah.info